Dama z Wysp Zielonego Przylądka
![]() |
| fot. Promo |
Na scenie Hali Stulecia pojawiła się w tradycyjnym dla siebie stroju - w luźnej sukience i bez butów. Wyglądała tak niepozornie, jak to tylko możliwe, a jednak z miejsca udało jej się sprawić, że na twarzach szczelnie wypełniających salę fanów pojawiły się uśmiechy. Ona sama uśmiechała się rzadko, nie kokietowała publiczności, nie udawała, jak to mają w zwyczaju przyjezdne gwiazdy i gwiazdeczki, że to właśnie miejsce spośród wszystkich jest jej sercu najbliższe. I bardzo dobrze, bo nie za podobne zabiegi uwielbiają ją melomani na całym świecie, tylko za autentyczność, a tej podczas wtorkowego koncertu we Wrocławiu nie zabrakło.
Evoria nie ma wielkiego głosu, jej siłą nie są wokalne popisy. Tym, czym przyciąga do siebie ludzi, jest nastrój, którym potrafi żonglować, na zmianę wywołując w słuchaczach melancholię i radość. Diva z Wysp Zielonego Przylądka bardziej nuci, niż śpiewa, ale robi to tak, że momentami po plecach przebiegają dreszcze. Kiedy opowiada o miłości i smutku, nie trzeba znać kreolskiego i portugalskiego, żeby zrozumieć przekazywane przez nią emocje. Te egzotyczne bluesy są w pełni uniwersalne, wzruszają pod każdą szerokością geograficzną.
Mniej więcej w połowie wrocławskiego koncertu Evora przedstawiła swoich muzyków - swoją drogą fenomenalnych i pełnych energii - i na kilka minut oddała im we władanie scenę. Sama usiadła na podeście, wyciągnęła paczkę papierosów i zapaliła jednego, głęboko się zaciągając. Widok jej uśmiechniętej w tym momencie twarzy, który można było zobaczyć w zbliżeniu na telebimach - bezcenny.
Chwilę później zabrzmiały pierwsze dźwięki "Bésame Mucho" i Evora znów zagarnęła dla siebie całą uwagę wniebowziętej publiczności. Po niespełna półtorej godzinie, w czasie której fani usłyszeli m.in. "Sodade" i "Papa Joachim Paris", bohaterka wieczoru rzuciła krótkie "tchau!" i zniknęła ze sceny, na którą rzecz jasna - wywołana gromkimi oklaskami - zaraz wróciła.
Jeżeli na coś narzekać, to na miejsce koncertu - z jednej strony usprawiedliwione zainteresowaniem i frekwencją, z drugiej zupełnie niepasujące do klimatu pieśni Evory. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby nie studzące zapał publiczności miejsca siedzące (krzesła ustawiono także na płycie Hali Stulecia), fani poszliby w tany dużo wcześniej, a nie dopiero w trakcie bisów. Nie wspominając o tym, że melancholijne bluesy z Wysp Zielonego Przylądka dużo lepiej smakowałyby w dużo mniejszej, zadymionej knajpie, przy szklaneczce rumu.
- Cesaria Evora, Ethno Jazz Festival. Hala Stulecia we Wrocławiu, 24.11.2009.
Napisz artykul







