zobacz listę gratisów jakie mamy do rozdania logowanierejestracja

Kulturaonline.pl - kulturalny rozkład jazdy

Zgłoś wydarzenie kulturalne Panel logowania dla instytucji kulturalnych
KulturaOnline.plFilmRecenzje › KFF - 'Beksińscy. Album wideofoniczny': Z kamerą im do twarzy /recenzja filmu/

KFF - 'Beksińscy. Album wideofoniczny': Z kamerą im do twarzy /recenzja filmu/

 fot. mat. prasowe

Zapomnijcie na chwilę o "Ostatniej rodzinie". Dokument Marcina Borchardta to wszystko, co o Beksińskich chcielibyście i nie chcielibyście wiedzieć. Z naciskiem na to drugie.

Podobno zapis tej rozmowy trwa ponad godzinę. Ale w filmie nie znalazł się w całości. Reżyser Marcin Borchardt wybrał jedynie urywek. Moment, w którym zmęczona matka wygarnia dorosłemu synowi egoizm oraz brak uczuć. Ten odpłaca się zaś słowami, których żadna kobieta nie chciałaby od swojego dziecka usłyszeć. Sprzeczka o zabrany z lodówki sos osiąga wymiar emocjonalnego tornada. Ile trzeba mieć samozaparcia, aby taką gehennę filmować?

Zdzisław Beksiński znajdował go w sobie nie tylko w takich okolicznościach. Kamera towarzyszyła mu właściwie w każdym aspekcie codziennego życia. Uruchamiał ją nawet w szpitalu i u dentysty. Materiały filmowe, które tuż przed śmiercią przekazał do sanockiego muzeum, to 300 godzin zapisów. Z archiwaliów wyłania się pasjonująca i tragiczna opowieść o Beksińskich. Opowieść zmontowana przez Borchardta w 80-minutowy dokument. Rzecz, którą ogląda się ze ściśniętym gardłem.

 

Chłodnym okiem Beksińskiego

Historia zagłady rodu Beksińskich została oczywiście wcześniej doskonale udokumentowana. Wyczerpującą książkę napisała Magdalena Grzebałkowska. Na podstawie scenariusza Roberta Bolesto, powstał nagradzany na festiwalach film "Ostatnia rodzina". Swoje trzy słowa dorzucił też Wiesław Weiss, pisząc "polemiczną" biografię Tomka Beksińskiego. Można by zapytać, po co raz jeszcze rozdrapywać rany i wchodzić do tak intymnego świata? Co ma do zaoferowania Borchardt, czego nie był w stanie pokazać w "Ostatniej rodzinie" Jan Matuszyński? Okazuje się, że wiele.

Dokument "Beksińscy. Album wideofoniczny" siłą rzeczy powtarza sceny i wątki obecne w "Ostatniej rodzinie". Atutem filmu Borchardta jest aczkolwiek nie tyle treść, co forma przekazu. Reżyser oddał bowiem dosłownie i w przenośni głos samemu Beksińskiemu. Archiwalne zapisy oraz fragmenty programów telewizyjnych, zostają uporządkowane przez personalną narrację z off-u. To czytane przez aktora autentyczne wypowiedzi Zdzisława Beksińskiego, który komentuje kolejne etapy egzystencji.

Lecz poza chronologiczną narracją jest też optyka bohatera. Czyli Zdzisław Beksiński jako główny "dyspozytor" kamery. Człowiek, który patrzy na bliskie otoczenie i ukochane osoby przez obiektyw. Inscenizuje w czterech ścianach własne psychodramy. Potrafi drażnić syna, ale też „na chłodno” dokumentować starość, choroby, w końcu śmierć. Ile w tym ekshibicjonizmu, a ile rozpaczliwej ucieczki przed własnymi uczuciami? Borchardt nie udziela jednoznacznej odpowiedzi.

 

Klepsydra urodzinowa

Dokument o Beksińskich powstał z inspiracji wspomnianą książką Grzebałkowskiej. Dlatego też dominuje tutaj perspektywa prywatna. Takie fragmenty jak wernisaż (z chwalącym bohatera Franciszkiem Starowieyskim) czy proces powstawania jednego z obrazów (rodzącego się w bólach) to wyjątki. Centralnym punktem odniesienia pozostają kwestie interpersonalne. Tak jak u Matuszyńskiego, dotykające bolesnej sfery zmagań rodzicielskich.

Nie da się ukryć, iż to właśnie Tomasz Beksiński skupia największą uwagę Borchadta. W przeciwieństwie do fabuły Matuszyńskiego, dokument pozwala prześledzić losy Beksińskiego juniora od chwili urodzenia. Reżyser udostępnia rysowane w dzieciństwie obrazki Tomka, recytowane przez niego wierszyki, rozmowy z tatą, wygłupy przed kamerą, chałupniczo tworzone gazetki. To miłe złego początki. Wraz z klepsydrą wydrukowaną na 18 urodziny, zaczynają się próby samobójcze oraz wieczne problemy adaptacyjne. To drugie ma brać źródło w przeprowadzce z idealizowanego przez chłopca Sanoka do znienawidzonej Warszawy.

 

Nie ma jak u mamy?

Zdzisław Beksiński doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego blamażu na ojcowskim odcinku. Jeszcze przed narodzinami, komunikował wprost, iż syna przewijał nie będzie, bo się brzydzi. O dziecku myślał zaś jak o kumplu, z którym będzie mógł sobie podyskutować na różne tematy. Stąd zapewne późniejsze, analityczne podejście bohatera do wszelkich wybryków dorastającej pociechy. Ale też prezentowany przed kamerą stoicki spokój może stanowić rodzaj kolejnej ochronnej maski.

Takiej rezerwy nie widać na twarzy Zofii Beksińskiej. Sceny z jej udziałem to chyba najbardziej poruszający aspekt dokumentu Borchardta. Prawdziwy, a nie zainscenizowany dramat kobiety sprowadzonej do roli „zrób obiad, posprzątaj, zawieź”. Bez względu na ogromną więź uczuciową łączącą Zofię z mężem i synem. To ona dźwiga największy w rodzinie ciężar. W PRL-owskiej szarzyźnie staje na pierwszej linii wszelkich problemów bytowych. I ciągle musi matkować niewdzięcznemu synowi.

 

Mistrz autokreacji

Pępowina w przypadku Tomka Beksińskiego nie została przecięta, ale Borchadtowi udaje się pokazać kultowego prezentera i tłumacza w sposób wielowymiarowy. To człowiek, którego nadwrażliwość jest w równym stopniu darem, co przekleństwem. W zaciszu studia radiowego promieniuje charyzmą, lecz na co dzień przeżywa irytację na samą myśl o wyjściu z mieszkania.

Zdiagnozowana depresja z pewnością nie tłumaczy do końca zachowania Beksińskiego juniora. Był on chyba w większym stopniu niż ojciec mistrzem autokreacji. Wykazywał także świadomość specyfiki filmowego przekazu. Świadczą o tym choćby jego własne etiudy inspirowane kinem sensacyjnym, jak i samo zachowanie przed kamerą. Nie bez znaczenia pozostaje podkreślana na każdym kroku fascynacja śmiercią.

 

Nikogo nie ma w domu

Okrutną ironią losu jest fakt, iż owa śmierć, tak silnie obecna w świadomości obu Beksińskich, najwcześniej zabrała do siebie stąpającą twardo po ziemi Zofię. Tomek musiał z kolei przeżyć katastrofę lotniczą. W filmie Borchardta pojawia się zresztą więcej wątków funeralnych.

Olbrzymie wrażenie robi sekwencja z pogrzebu Tomka, wraz ze słowami ojca o wreczcie odczutej uldze. Wreszcie. Tyle, że po tak katarycznym doświadczeniu, Beksiński senior nie ma już, co, ani kogo filmować. Jedna z ostatnich zachowanych scen wydaje się wizualizować osobiste cierpienie bohatera. Za oknem szaleje burza, tymczasem Beksiński senior wymownie milczy. Nikogo nie ma w domu.

Borchardt wraca zatem do punktu wyjścia. W finale jeszcze raz pokazuje idylliczne obrazki z Sanoka. Robiący głupie miny Zdzisław, uśmiechnięta Zofia, pocieszny Tomek. Szczęśliwi i młodzi. Rodzina, o której chciałoby się wiedzieć trochę mniej. Aby owa iluzja tacierzyńskiej i macierzyńskiej beztroski pozostała na zawsze w pamięci.

 

Film „Beksińscy. Album wideofoniczny” zainaugurował 57. Krakowski Festiwal Filmowy. Impreza potrwa do 4 czerwca.

 

Napisz artykuł
Artykuły powiązane
Komentarze
    Reklama
    Ostatnio dodane artykuły
    Dom Dźwięku. Zagraj na nie byle czym. Mamy bilety! Muzyka / Aktualności
    Niezwykła teatralno- muzyczna instalacja, której brzmienie nadaje sama publiczność! Mamy podwójne zaproszenie na spotkanie z Domem Dźwięku w...
    Bulwar(t) nad Zalewem Nowohuckim. Lato pod znakiem kultury i rekreacji
    W Nowej Hucie wakacje zaczynają się już teraz! Już 9 czerwca rusza wielki plenerowy maraton wydarzeń. 7 dni w tygodniu, od rana do wieczora,...
    Obraz Matejki sprzedany za ponad trzy i pół miliona złotych. Nowy rekord polskiego rynku sztuki!
    Takiej licytacji nie było od lat. Na Aukcji Sztuki Dawnej w DESA Unicum obraz "Zabicie Wapowskiego” Jana Matejki zyskał rekordową sumę.
    Festiwal Miłosza w Krakowie. Zacznij od swoich ulic! /zdjęcia/ We Wear Culture - największa wirtualna wystawa poświęcona modzie!
    Tagi