 |
FILM: Ponyo, reż. Hayao Miyazaki, Japonia 2008, dystr. DVD - Monolith
|
Czasy, w których nowe dzieła
Hayao Miyazaki można było obejrzeć w kinie chyba minęły bezpowrotnie. Film "
Ponyo", ostatnie z dokonań japońskiego mistrza animacji, mimo ekstatycznych recenzji na Zachodzie, nie zawitał dotąd na polskie ekrany. Wielka szkoda, bo stanowiłby inteligentną przeciwwagę wobec efekciarskich produkcji zza Oceanu, które mimo biegłości technicznej często nie mają młodemu widzowi wiele do zaproponowania. Co innego dobiegający 70- tki Miyazaki, kolejnymi filmami apelujący do artystycznej wrażliwości i kreatywnie przetwarzający baśniowe wątki; i te mocno zakorzenione w japońskim folklorze i te pojawiające się w europejskiej spuściźnie. "Ponyo" jest dalekim echem baśni Andersena o małej syrence. Tytułowa bohaterka to żyjąca w morskiej głębinie dziewczynka (?), która zaprzyjaźnia się z ratującym jej życie chłopcem. Miyazaki tak jak w przypadku "
Księżniczki Mononoke", wykorzystuje fabułę do snucia ekologicznych wątków oraz swoistej edukacji w zakresie poszanowania praw natury. "Ponyo" w przeciwieństwie do poprzedniego dzieła Japończyka -
"Ruchomy zamek Hauru", jest bardziej przejrzyste, i pod względem kreski i jeśli chodzi o przebieg fabuły. Brak surrealnych ekscesów z pamiętnego Oscarowego "
Spirited Away", równoważy jednak niezwykły liryzm i zapierające dech w piersiach wizualne piękno. Tylko Miyazaki potrafi chyba jeszcze realizować dzieła godne starej, zacnej szkoły filmu rysunkowego. Pozbawione komputerowej sterylności, ale też kinetycznego obłędu animowanych mutacji mangi.
 |
TEATR: Oresteia, reż, Michał Zadara, Teatr Wielki - Opera Narodowa
|
Kiedy do akcji wkracza
Michał Zadara, wypada z góry zapomnieć o scenicznej poprawności i jak najszybciej przypomnieć sobie tekst interpretowanego oryginału. W nowej adaptacji może on zostać bowiem poddany niekiedy szokującej edycji. I tak najnowsze dzieło reżysera - inscenizacja opery "
Oresteia" greckiego kompozytora
Iannisa Xenakisa, przenosi akcję z antyku wprost do powojennej Warszawy. Historia wielopokoleniowej walki o władze nabiera niepokojącej aktualizacji, odnosząc się do socrealistycznego zamordyzmu i czasów małej stabilizacji. Ale być może największym osiągnięciem Zadary jest tu nie zamysł interpretacyjny czy efektowna scenografia, lecz sam fakt wystawienia dzieła na deskach Opery Narodowej. To kolejny po "
Zagładzie Domu Usherów" Glassa przykład ambitnej realizacji jednego z elementów kanonu współczesnej awangardy muzycznej. Xenakis, ceniony m.in. przez Pendereckiego, jako niemal pomnikowa postać tego nurtu, to bez wątpienia repertuarowy strzał w dziesiątkę. Przyciągnie do placówki nie tylko miłośników opery, ale i np. słuchaczy kraut rocka, wiele zawdzięczającego greckiemu kompozytorowi. [nasza recenzja
tutaj]
 |
LITERATURA: Juan Rulfo, Pedro Paramo, Wydawnictwo Znak
|
Latynoski realizm magiczny sporo stracił ze swego niegdysiejszego powabu. Nie dotyczy to jednak pisarstwa meksykańskiego prozaika
Juana Rulfo. Pozostawił on po sobie bardzo skromną spuściznę, charakteryzowaną przez lapidarny styl, na reporterskie obrazki z prowincji Meksyku nakładający oniryczną poetykę. Mikropowieść "
Pedro Páramo" z 1955 roku, właśnie wznowiona przez Znak, to jedno z wybitniejszych dokonań Rulfo. Zachwycało
Borgessa, a
Marqueza miało zainspirować do stworzenia opus magnum
"Sto lat samotności". Główny bohater - niejaki Juan Preciado, za sugestią matki udaje się do rodzimego miasteczka Comala. Szuka swojego ojca - tytułowego Pedro Paramo, ale znajduje opuszczoną wioskę. Poszukiwany ojciec okazuje się nieżyjącym już kacykiem, który trzymał całą okolicę pod jarzmem terroru. Rulfo opisując mechanizm okrutnego despotyzmu, stosuje zarazem fragmentaryczną narrację, sugerując rozchwianą osobowość głównego bohatera. To spowiedź czasów całkowitej dezintegracji, znakomicie znosząca próbę czasu.
 |
MUZYKA: Muniek, Muniek, Sony Music Poland
|
Premiery solowej płyty lidera
T.Love nie da się przeoczyć, gdyż wokalista od kilku tygodniu skutecznie wizytuje programy telewizyjne oraz działy muzyczne gazet i portali, promując nowy materiał. Płyta "Muniek" zrealizowana ze starym partnerem z zespołu -
Jankiem Benedkiem, aż na takie zainteresowanie jednak nie zasługuje. Mimo drygu Benedka do stonesowskich przebojów i szlachetnych intencji samego Muńka, całość jest nazbyt zachowawczą propozycją. Wokalista wyzwolony spod skrzydeł nazwy T. Love zamiast eksperymentować zdecydował się powrócić do korzeni. Rzewne ballady, knajpiane bluesy czy riffowy rock sytuują go jednak raczej po stronie skansenu niż ożywczej reaktywacji. Z uwagi na eklektyzm i melodyczną błyskotliwość dokonań T. Love to spory krok wstecz. Nie wiedzieć czemu Muniek, niegdyś inspirujący się reggae czy nowofalowymi brzmieniami, teraz chce portretować siebie w kategoriach rockowego ortodoksa. Za tym idą i teksty, często stosujące optykę kryzysu wieku średniego. Honor wydawnictwa ratują duety z
Korą i
Anną Marią Jopek, ale prócz dwóch czy trzech kandydatów do radiowej playlisty płyta raczej nie pozostawi po sobie trwałych wspomnień.