Marek Krajewski: Bywam nieprzyjemny
- Kiedyś dziennikarka ze szwajcarskiej gazety lokalnej zapytała mnie, czy biję swoją żonę. Odparłem - niezgodnie z prawdą - że tak, biję, jeżeli zasłuży - o sztuce wywiadu, krytyce i krytykanctwie rozmawiamy z Markiem Krajewskim, najpopularniejszym polskim autorem kryminałów.![]() |
| fot. DominikHerman.com |
Trudno powiedzieć. Wydaje mi się, że w rozmowie jest mniej pytań, a więcej dyskusji, interakcji. Bohater wywiadu może się nie zgadzać z osobą go przeprowadzającą - między rozmówcami dochodzi wówczas do konfrontacji. W typowym wywiadzie mamy raczej do czynienia z serią pytań i odpowiedzi.
Wynika z tego, że dobry dziennikarz to taki, który potrafi zaciekawić swojego gościa i wywołać ożywioną dyskusję. A co świadczy o dziennikarzu źle?
Spóźnianie się.
I to wszystko?
Nie. Kiedyś dziennikarz Polskiego Radia powitał mnie mniej więcej takimi słowami: "Proszę pana, mam z panem do zrobienia 40-minutowy wywiad, a nie czytałem ani jednej pańskiej książki".
Zabolało?
Jeżeli dziennikarz przychodzi ze mną porozmawiać, to oczekuję, że będzie do tego merytorycznie przygotowany. Powinien cokolwiek o mnie wiedzieć i przeczytać przynajmniej jedną z moich książek, których napisałem sześć. Ta rozbrajająca szczerość, jaką zaprezentował ów mężczyzna, nastawiła mnie do niego bardzo negatywnie. Na większość jego pytań odpowiadałem monosylabami. Zapytany, czym jest dla mnie pisarstwo, odparłem: "A czym jest dla pana pańska praca?" I koniec.
To już raczej nie była rozmowa, a walka.
W której ja od początku byłem zwycięzcą. Z zainteresowaniem i przyjemnością patrzyłem, jak oponent się wije… Nie wiem, jakim cudem zdołał zrobić z tak krótkiego materiału 40-minutowy wywiad. Nie słuchałem go w radiu, bo straciłem szacunek do tego człowieka.
Podejrzewam, że było więcej dziennikarzy, którzy przychodzili na rozmowę z panem nieprzygotowani - takie rzeczy da się wyczuć. Wszystkich pan tak miażdżył?
Nie jestem złośliwym człowiekiem. Jeśli dziennikarz nie czytał moich książek, ale zgrabnie prowadzi wywiad i poprawnie się wysławia, to ja go nie będę punktował, nie zachowam się impertynencko. Zawsze odpowiadam na pytania w dobrej wierze i staram się to robić jak najlepiej. Jednak kiedy widzę, że dziennikarz nie czytał moich powieści, a w dodatku jest arogancki, czy też wykazuje brak zainteresowania moją twórczością, wtedy - przyznaję - potrafię być bardzo nieprzyjemny. Sądzę natomiast, że inteligencja i elokwencja mogą u dziennikarza pokryć brak przygotowania do wywiadu. Zauważyłem to wielokrotnie.
Skoro tak, to chyba możemy powiedzieć, że wywiad jest sztuką?
Sztuką? Pyta pani, czy przeprowadzenie wywiadu jest trudne? Nie, uważam, że jest to łatwe.
Rozumiem, że jako filolog klasyczny i pisarz prowadzi pan rozmowy z ludźmi, swego rodzaju wywiady, chociażby po to, by dowiedzieć się, jak wyglądał przedwojenny Wrocław. Po której stronie lepiej się pan czuje? Jako pytający czy jako przepytywany?
Nie wiem, trudno mi powiedzieć. Nigdy nie przeprowadziłem żadnego wywiadu. Raz moderowałem spotkanie autorskie mojego przyjaciela, profesora Krzysztofa Nawotki, autora książki historycznej "Aleksander Wielki". Do pewnego momentu zadawałem profesorowi pytania, a potem wycofałem się, by oddać głos widzom. Publiczność okazała się bardzo aktywna, dzięki czemu prowadzenie spotkania nie sprawiło mi większych kłopotów. Poza tym trzy, może cztery razy kierowałem panelami dyskusyjnymi. To bardzo ważne i bardzo trudne - zespolić niejednorodne wypowiedzi uczestników dyskusji oraz trafnie je podsumować. Dziennikarz przeprowadzający wywiad powinien zgrabnie nawiązać w swoich pytaniach do tego, co wcześniej mówił jego rozmówca. Nie wiem natomiast, czy musi również posiadać umiejętność puentowania.
Zna pan Kubę Wojewódzkiego?
Nie znam, ale wiem, kim jest.
Więc wie pan, że jest to właśnie taki dziennikarz, który puentą potrafi zabić, a elokwencją zgrabnie zatuszować brak przygotowania do spotkania z rozmówcą. Dlaczego nie zgodził się pan na udział w jego programie?
Kuba Wojewódzki jest człowiekiem bardzo inteligentnym i bystrym, o wiele inteligentniejszym niż ja. Z tego pojedynku wyszedłbym jako przegrany.
Jest pan człowiekiem wykształconym, który lubi wygrywać. Dlaczego z góry zakłada pan porażkę? Wielu dało Wojewódzkiemu radę.
Naprawdę? Mnie goście Wojewódzkiego opowiadali, że mało kto wychodzi cało z szermierki słownej z tym panem. Poza tym nie biorę udziału w programach, w których to prowadzący jest gwiazdą, na dodatek budującą swoją popularność na nieetycznych posunięciach.
Bezpieczniej wystąpić w "Kawie czy herbacie" albo "Pytaniu na śniadanie"?
Te programy traktuję wyłącznie jako element akcji promocyjnej. Stanowią one swojego rodzaju sygnał, impuls dla widza: jest autor, jest książka, prowadzący pokazuje okładkę, mówi: "Zachęcam" i odbiorca wie, że wyszła nowa powieść Krajewskiego, którą warto kupić. Tam nie prowadzi się zawiłych rozmów. Pytają na przykład: "Z pańskich książek wynika, że jest pan smakoszem. Co lubi pan jadać na śniadanie?". Więc ja odpowiadam, że jajecznicę, dwie parówki i świeże bułki. I tyle. Tego typu spotkania są krótkie i urozmaicone. Raz przede mną wystąpił prestidigitator, który wyciągnął królika z kapelusza, z kolei za mną człowiek grający na gitarze. OK, niech i tak będzie, skoro taka jest specyfika tego programu. Jeżeli nie akceptuję formuły show Kuby Wojewódzkiego, nie przyjmuję też jego zaproszenia.
Nie mierzi pana - jako twórcy i filologa klasycznego - fakt, że o literaturze rozmawia się przy kawie i grzance, a autora traktuje jak produkt na sprzedaż? Nie wolałby się pan pojawić chociażby w TVP Kultura?
To dwie zupełnie różne rzeczy. Programy typu "Telewizyjne Wiadomości Literackie", w których rozmawia się z pisarzami, a eksperci analizują ich twórczość, przypominają profesjonalne recenzje, jakie znajdujemy w rubrykach kulturalnych w prasie. Natomiast "Kawa czy herbata" to jest, jak już mówiłem, tylko forma promocji. Te dwa typy programów są skierowane do różnych odbiorców, tak mi się przynajmniej wydaje. Nie jestem medioznawcą i nie potrafię się na ten temat do końca wypowiedzieć.
Wiem, że lubi pan sport. Jakby pan skomentował powszechny pogląd, że dziennikarze sportowi to głąby bez warsztatu?
Nie zgadzam się z taką opinią. Są świetni dziennikarze sportowi, są też i słabi, którzy zadają agresywne i idiotyczne pytania. Wszystko zależy od człowieka. Dam pani przykład. Dziennikarz radiowy Andrzej Janisz w relacji meczu Szwecja-Niemcy z ostatnich Mistrzostw Świata w piłce nożnej powiedział tak: "Jak kiedy kto okno otworzy i ziąb ogarnie cały pokój, wszystkim zęby szczękają, taki teraz chłód ogarnął sektor kibiców szwedzkich po stracie gola". Proszę pani, to jest wspaniałe, homeryckie porównanie. Toteż nie deprecjonowałbym dziennikarstwa sportowego.
Czy dziennikarz literacki może nauczyć się czegoś od dziennikarza sportowego?
Problem polega na tym, że ten drugi częściej niż pierwszy uprawia dziennikarstwo tabloidowe. Poza tym wypowiedź pisarza ma inną, niekoniecznie lepszą jakość, niż wypowiedź sportowca. Zwłaszcza, jeśli pisarz stara się stroić w piórka autorytetu moralnego
Pana ktoś kiedyś w wywiadzie umoralniał?
Dziennikarze często utożsamiają bohaterów powieści z ich autorem. Mój bohater - Mock - jest bawidamkiem, często pozbawionym skrupułów. Kiedyś dziennikarka ze szwajcarskiej gazety lokalnej zapytała mnie, czy biję swoją żonę. Odparłem - niezgodnie z prawdą - że tak, biję, jeżeli zasłuży. To była jawna prowokacja. Chciałem sobie zadrwić, ukazać, że mam do siebie dystans. Jednak moje specyficzne poczucie humoru zostało wówczas źle odebrane.
Trudno się dziwić tej dziennikarce, skoro nieustannie podkreśla pan w mediach, że ma wiele wspólnego z postacią, którą kreuje. Równie dobrze ja mogłabym teraz zarzucić panu seksizm i hipokryzję. Mock bije kobiety, jest chamem i impertynentem. A pan mówi, że go lubi. Gdyby "dziennikarz w piórkach" zapytał, czy Mock jest pańskim sposobem na leczenie kompleksów, co by pan mu odpowiedział?
Żeby nie zmuszał mnie do przeprowadzania wiwisekcji mojej osoby, gdyż to przekracza ramy wywiadu, a także moje i jego kompetencje. Z drugiej strony, ma prawo takie pytanie zadać.
A pan nie musi na nie odpowiadać… Są więc w rozmowie z dziennikarzem granice, których osoba publiczna nie powinna przekraczać?
Oczywiście. Ja na pewno nie mówiłbym o moim życiu rodzinnym, o tym, co robią moje dzieci, jakie mają zainteresowania, co odziedziczyły po ojcu, a co po matce. To jest już sfera bardzo prywatna, na którą nie pozwalam wchodzić dziennikarzowi.
A jednak zdecydował się pan na wywiady dla "Gali" czy "Twojego Stylu". To nie są pisma, w których rozmawia się o sztuce. Tam dziennikarze wchodzą na teren prywatny.
Zgadza się, odbiorcami tak jednego, jak i drugiego pisma są kobiety, które często interesują się życiem osobistym bohatera wywiadu. Przed rozmowami zostałem jednak lojalnie uprzedzony o tematach, które będą poruszane. Toteż z jednej strony odpowiadałem tak, by usatysfakcjonować dziennikarzy i dać im dobry wywiad, z drugiej pilnowałem granic swojej prywatności. Kiedy na przykład zapytano mnie, czy mój syn, podobnie jak ja, jest pedantem, odpowiedziałem tylko, że nie. To wszystko. Nie rozwodziłem się nad tym, że w jego pokoju nieustannie panuje bałagan. Nikt nie drążył tematu. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że kiedy czuję, że dziennikarz próbuje naruszyć wyznaczone przeze mnie granice, przyjmuję postawę blokującą. Przestaję się uśmiechać, ucinam pytania, a w końcu staję się niemiły. Dziennikarz powinien być przygotowany na to, że nie dostanie odpowiedzi na każde pytanie.
A co musi zrobić dziennikarz, żeby całkowicie przekreślić swoje szanse na rozmowę z Krajewskim?
Obrazić jego czytelników. Tak postąpił jeden z recenzentów "Przekroju", a ja obiecałem sobie, że nigdy nie udzielę wywiadu do tego tygodnika. Ów dziennikarz stwierdził - tu pozwolę sobie zacytować: "Krajewski napisał kiepską książkę w cynicznym przeświadczeniu, że ciemny lud i tak to kupi". Mógł skrytykować moją twórczość - to mu wolno. Mnie mógł napluć w twarz. Ale określenie moich czytelników mianem ciemnego ludu, to już zbyt wiele. Spotkałem ostatnio tego pana na jednym festiwalu i nie omieszkałem mu powiedzieć, że postąpił niegodnie, jak podlec.
Może powinien pan zrobić tak, jak jedna z naszych polskich piosenkarek? Oświadczyła, że udzieli wywiadów tylko tym pismom, które napiszą pozytywną recenzję jej płyty.
To nieetyczne. Nie podoba mi się taka postawa.
Dlaczego zamieścił pan na swojej stronie internetowej soliloquuium - wywiad z samym sobą, do którego odsyłani zostają dziennikarze przed spotkaniem z panem?
Soliloquuium powstało z czystego wyrachowania. Nie chciało mi się odpowiadać na te same pytania po raz kolejny z rzędu. Kiedy więc przychodzi do mnie dziennikarz i mówi: "Chcę zrobić z Panem duży wywiad", odpowiadam, żeby sobie najpierw przeczytał moją rozmowę z samym sobą. W ten sposób pozna odpowiedź na połowę pytań, które prawdopodobnie chce mi zadać. Ewentualnie później, w trakcie wywiadu, będzie mógł się jakoś do moich słów ustosunkować.
Sprytne. Da się w ten sposób "wytrenować" rozmówcę, żeby uniknąć poruszania wciąż tych samych zagadnień?
Nie zawsze. Zwłaszcza w okresie promocji nowej książki, gdy dziennikarzy zwykle interesują moje plany literackie. Kiedy słyszę "O czym będzie pana następna powieść?", mam ochotę odpowiedzieć "Chłopie, mów o tym, co wydaję teraz. Co ja ci będę opowiadał o książce, która powstanie za rok?". To pytanie świadczy o ignorancji, braku logiki i jakiejś takiej chorobliwej pogoni za nowością. Muszę przyznać, że wyjątkowo działa mi ono na nerwy.
Wygląda pan na bardzo opanowanego rozmówcę. Jak pan to robi, że nie daje się ponieść emocjom?
Na rynku literackim jestem już od dziesięciu lat. Napisałem w tym czasie sześć książek, udzieliłem sporo wywiadów i w tej chwili panuję nad słowem, wiem, co chcę powiedzieć, a czego nie.
Korzysta pan z dobrodziejstwa autoryzacji?
Myślę, że jest ona szczególnie ważna w przypadku młodych twórców, którzy nie mają doświadczenia. Czasami człowiek plecie takie głupstwa, że potem to trzeba po prostu wykreślić. Na przykład kiedy dziennikarz zada pytanie, którego rozmówca się kompletnie nie spodziewa. Pamiętam, że pewnego razu - był to akurat wywiad dla telewizji - dziennikarka zapytała mnie, czy byłem kiedyś w burdelu. Twierdziła, że bardzo plastycznie opisuję w swych powieściach domy publiczne. Byłem tak zbity z tropu faktem użycia przez tę kobietę wulgaryzmu na wizji, że kompletnie mnie zamurowało. W wywiadzie na żywo dla mediów elektronicznych nie ma czasu na zastanowienie. Dobrze, że istnieje taka możliwość w przypadku prasy. Choć wiem, że na Zachodzie w ogóle nie ma mowy o autoryzacji. Na przykład nigdy nie autoryzowałem wywiadu przeprowadzanego w Niemczech.
Zdaniem wielu dziennikarzy autoryzacja często psuje dobry wywiad. Jak daleko autor może ingerować w dzieło dziennikarza?
Wiem, że niektórzy autorzy dopisują własne pytania i odpowiedzi do wywiadu. Ja nigdy tak nie robię. Dokonuję jedynie poprawek stylistycznych i merytorycznych. Jeśli na przykład w trakcie rozmowy pomyliłem tytuły swoich ulubionych filmów, później autoryzacja pozwala mi poprawić ten drobny błąd.
Słynni amerykańscy pisarze Jerome David Salinger i Thomas Pynchon z zasady nie rozmawiają z dziennikarzami, ponieważ uważają, że ich dzieła powinny mówić same za siebie. Czy w udzielaniu wywiadów jest coś z próżności?
Nie sądzę. Udzielanie wywiadów ma bardzo silny wydźwięk marketingowy. Jeżeli wymienieni przez panią autorzy mogą żyć z pisarstwa, jednocześnie medialnie się nie eksponując, to należy im tylko pozazdrościć. W Polsce, żeby żyć z pisania, trzeba się eksponować. Pierwszą powinnością pisarza jest siedzenie w gabinecie i tworzenie literackiego dzieła. Drugą - propagowanie swojej twórczości poprzez aktywność medialną. Jeśli pisarz tego nie robi, bo nie musi, to wspaniale. To znaczy, że już jest na takim poziomie, do którego jeszcze mi daleko. Szczerze powiedziawszy, mam do wywiadów stosunek dość obojętny. Nie wykluczam, że przestanę ich udzielać, kiedy będzie mnie na to stać.
Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję.
Marek Krajewski, laureat Paszportu "Polityki", to obecnie najpopularniejszy polski autor kryminałów. Zadebiutował jedenaście lat temu "Śmiercią w Breslau", pierwszą z sześciu części przygód Eberharda Mocka, pracownika wrocławskiego Prezydium Policji (najnowsza, "Głowa Minotaura", ukazała się w ubiegłym roku). Poszczególne tomy cyklu zostały przetłumaczone na jedenaście języków, w tym angielski, hiszpański, niemiecki, francuski, włoski i hebrajski. Krajewski wydał także dwa tomy napisane wspólnie z Mariuszem Czubajem: "Aleję samobójców" (2008) i "Róże cmentarne" (2009).
Napisz artykul







