zobacz listę gratisów jakie mamy do rozdania logowanierejestracja

Kulturaonline.pl - kulturalny rozkład jazdy

Zgłoś wydarzenie kulturalne Panel logowania dla instytucji kulturalnych
KulturaOnline.plTeatrArtykuły › Paweł Miśkiewicz: Najprostsze ruchy /wywiad/

Paweł Miśkiewicz: Najprostsze ruchy /wywiad/

 Paweł Miśkiewicz wraz z asystentką Elżbietą Kozak podczas prób do spektaklu/fanpage WTW

O pesymizmie, Rzymie i podnoszeniu się z kolan rozmawiamy z reżyserem "Nauki chodzenia” - Pawłem Miśkiewiczem.

Inscenizacja według utworów Tadeusza Różewicza powstała w ramach projektu STREFY KONTAKTU, na deskach Wrocławskiego Teatru Współczesnego.  Jak pisaliśmy w recenzji Liczne postacie, historie, naukowe fakty, mini-wykłady przewijają się przez scenę przypominającą studium telewizyjne i przy żywej muzyce harfy i kontrabasu. Cała maszyneria sceniczna (zjeżdżające z sufitów reflektory, sterczące mikrofony i swobodnie jeżdżący po środku sceny wózek z kamerzystą) tylko podkreśla, jakie dziwne jest to nasze życie. Niby wszystko rozumiemy, widzimy i wiemy, jak dokładnie to działa, a jednak, dajemy się wciągnąć. Poniżej rozmowa z reżyserem sztuki - Pawłem Miśkiewiczem


Henryk Mazurkiewicz: Spektakl składa się z licznych fragmentów prozy, dramatów i wierszy Tadeusza Różewicza. Jaki był klucz, według którego były one dobierane? 

Paweł Miśkiewicz: Dla mnie to już drugie podejście do twórczości Różewicza. Piętnaście lat temu przygotowałem w Krakowskiej Szkole Teatralnej spektakl, który był złożeniem scen z samych tylko jego dramatów. Tamto przedstawienie stworzyłem wraz z grupą młodych ludzi, którzy grali i rodziców, i dzieci, i młode osoby poszukujące własnej ścieżki przez życie. Wtedy jeszcze pamięć o PRL-owskiej rzeczywistości była silniejsza niż   obecnie i spektakl był cały zanurzony w lekko anachronicznym świecie pozornego ładu i harmonii „małej stabilizacji” (pojęcie ukute przez Różewicza i jednocześnie tytuł jednego z jego dramatów). Przez te piętnaście lat świat zmienił się na tyle, że w ogóle odnoszenie się do PRL-u oraz pozornego ładu i harmonii, które darowała tamta rzeczywistość, nie ma dziś żadnego sensu.

 fot. Katarzyna Pałetko

Tym razem zatęskniłem za tym, żeby wyjść poza obszar dramatów, które owszem mają szalenie radykalną i nowoczesną formę teatralną, ale radykalną i nowoczesną wobec teatru i czasów w których powstały. Dlatego postanowiliśmy zbudować scenariusz teatralny oparty bardziej na doświadczeniach życiowych Różewicza, na jego osobistych wzlotach i upadkach, zapisanych zresztą w całym jego dziele. Różewicz był twórcą, u którego, jak mało u kogo, dzieło przenikało się z życiem.  


A czy był jakiś fragment centralny, główny czy po prostu pierwszy, wokół którego wyrósł ten scenariusz teatralny? Czy raczej przypomina on kartotekę, zbiór równoważnych fragmentów?  

„Śmierć w starych dekoracjach” jest takim teatralnym modelem całości spektaklu. To tu bohater u schyłku swojego życia próbuje podsumować własne doświadczenie, wejrzeć w to, co ma w głowie, w sercu, myśli. W czasie podróży włoskiej, czyli do źródeł naszej cywilizacji, próbuje przeprowadzić swoisty remanent duchowy zysków i strat, nadziei i rozczarowań na drodze do osiągnięcia upragnionego rozmiaru własnego człowieczeństwa. 


Czym jest ten Rzym, który stanowi pewne tło przedstawienia? Pozostałościami wielkiego imperium? Świadectwem potęgi zachodniej cywilizacji, czy tylko już atrakcją turystyczną? Może nawet śmietnikiem historycznym? 

Jedną z istotnych inspiracji naszego spektaklu były filmy Felliniego „Wywiad” i „ Ginger i Fred”, gdzie ten rzymski śmietnik cywilizacyjny jest najlepiej widoczny. Gdzie obok pozostałości dawnej kultury mamy kulturę fast-foodu, gdzie starożytne kolumny przesłaniane są billboardami z reklamą parówek i biustonoszy. To swoiste zrównanie różnych znaków i symboli, przynajmniej w przestrzeni publicznej, to jest signum naszych czasów. Natomiast na pytanie, czy rzeczywiście wszystko, co wytworzyliśmy wcześniej jako cywilizacja, wraz z przywoływanymi w spektaklu Goethem i Dantem, to dla nas martwe figury przeszłości - każdy z nas musi sobie odpowiedzieć sam.  

 fot. Katarzyna Pałetko


Czyli jednak ten Rzym jest Rzymem żywym?  

Będzie Rzymem-wstydem. Czyli czymś, co wykwitło jako pewnego rodzaju ekstremum cywilizacyjne i  samo się w sobie pogrążyło. Też Rzymem-przestrogą. Symbolem tego, że przerost pychy ludzkiej w kreowaniu własnej rzeczywistości zawsze kończy się katastrofą. 


Podczas próby medialnej powiedział Pan, że spektakl, zgodnie z tytułem, dotyczy nauki chodzenia. Czym jest owa nauka i do kogo jest skierowana?  

Myślę, że do każdego, kto musi przejść proces samopoznania i wytyczenia swojej ścieżki życiowej, jakiegoś wektora oczekiwań. Tego tytułu szukaliśmy długo. Po pierwsze chcieliśmy, aby pochodził od samego Różewicza, z jego zbiorów poezji lub dramatów. Ostatecznie tytuł „Nauka chodzenia” wydał się nam najbardziej pojemny, także przez kontekst funkcjonującego gdzieś jeszcze, mam nadzieję,  w pamięci widzów tytułu filmu Stawomira Idziaka „Nauka latania”, czy wiersza Różewicza Ikar.  

 fot. Katarzyna Pałetko

Zdobywamy coraz odleglejsze obszary kosmosu, przekraczamy granice poznania i perspektywa oglądu rzeczywistości permanentnie się nam poszerza, co nie zmienia faktu, że w sprawach, które są najbliżej nas i za które w gruncie rzeczy bierzemy największą odpowiedzialność, jesteśmy równie bezradni jak ludzie sto, dwieście czy czterysta lat temu. Być może, zanim zapragniemy latać, należałoby się nauczyć pewnie stawiać te mniejsze kroki. Mamy wielkie marzenia i wielkie tęsknoty sięgania po obce galaktyki, a nie umiemy zrobić porządku we własnym, rzadko „rajskim” ogródku.  


Czy akurat teraz znajdujemy się w tym szczególnym punkcie, kiedy potrzebujemy tej nauki, czy tak było zawsze? 

Myślę, że zawsze jej potrzebowaliśmy. Różewicz to fantastycznie ujmuje pisząc, że w gruncie rzeczy nie dzieje się nam nic strasznego. Pewnego rodzaju kryzys i przewartościowania towarzyszą człowiekowi od początków historii – od Hannibala, który stanął u bram Rzymu i pozornie zniszczył tę wielką cywilizację, która tak naprawdę sama na to zniszczenie już zasługiwała. Należy też pamiętać, że wszelkiego rodzaju tęsknoty człowieka za wielkością i wyjątkowością są zawsze równoznaczne z zagrożeniem dla jego prawdziwego widzenia siebie. To jest jedno z podstawowych pytań, które wszyscy sobie w sztuce, ale też i w życiu zadajemy: Czy rzeczywiście my sami możemy siebie naprawić? Czy możemy wyciągnąć samych siebie z topieli za włosy? Czy człowiek ma w sobie na tyle siły i wyobraźni, ale też i dystansu, by umieć spojrzeć na siebie krytycznie i uczynić siebie lepszym?  


Jest to swego rodzaju pesymistyczny optymizm, czy też optymistyczny pesymizm. 

Tak jak u Czechowa! U niego zawsze jakaś postać mówi, że za sto lat życie będzie zupełnie inne, wszyscy będziemy szczęśliwi i zrozumiemy wreszcie, po co żyjemy. Przez sto lat tego Czechowa wystawiamy i ciągle ze sceny padają te same słowa. Myślę, że tak będzie do końca ludzkości. Cała twórczość Różewicza, który podobno jest poetą-pesymistą, poetą schyłku człowieka i końca cywilizacji, przepełniona jest podziwem dla siły życia samego w sobie.  


Jaka w tym wszystkim jest rola poety? Dlaczego właśnie poeta musiałby nas uczyć owego „chodzenia”, a nie naukowiec, filozof czy polityk? 

Bo tu potrzebujemy inżynierii duszy, a nie tylko inżynierii ciała, czy systemów społecznych. Dla mnie Różewicz także jest filozofem, bowiem za filozofa uważam tego, kto umie wejrzeć i opisać rzeczywistość. Różewicz, żyjący w okresie jednego z największych kryzysów cywilizacyjnych, opis człowieka po katastrofie uczynił centralnym tematem swojej twórczości.  


Czy mimo tej „kartoteki fragmentów” w spektaklu jest postać, którą moglibyśmy uznać za głównego bohatera? 

W „Nauce chodzenia” mamy takiego bohatera. Czy lepiej antybohatera, bo bohaterem nie czynią go jakieś ekstremalne przeżycia, przymioty ciała i ducha, a jedynie świadomość, że oto jest w wieku, w którym należałoby już coś wiedzieć, znać odpowiedzi na różne podstawowe pytania. Taką próbę złapania sumy własnych doświadczeń, zdania egzaminu z życia, czynimy motorem spektaklu, w którym bohaterowi towarzyszą spotkane na drodze życia istotne figury. Na przykład postać matki. Tu czerpiemy z książki Różewicza „Matka odchodzi”, dzieła bardzo intymnego, mniej może literacko atrakcyjnego, ale fascynującego bezwzględną szczerością, kiedy poeta przyznaje się na przykład do własnej bezradności, nieumiejętności poradzenia sobie z odchodzeniem bliskiej osoby. Nie umie zobaczyć w tym fakcie godności, nie umie zobaczyć sensu, choć jako filozof jest świadom nieuchronności śmierci.  


W jakim więc nastroju miałby wychodzić widz po tym przedstawieniu?  

Najciężej w teatrze jest wyreżyserować widza. W związku z tym próbujemy uczciwie wsłuchać się w to, co zostawił nam z obserwacji swojego życia Różewicz. Spojrzeć na nie w całej jego złożoności, absurdzie, śmieszności i tragiczności. To wszystko oddajemy oglądowi widza. Co z tym widz zrobi, jak i do czego użyje  - to już jest jego wola. 


Czyli nie będzie to pomnik wielkiego poety?  

Mam nadzieję, że nie. Wszystko robimy, żeby nie był to pomnik. Różewicz sam nie znosił pomników i do końca życia od pomników uciekał. Powiedział coś pięknego, że „poeta poważnie myślący (w ogóle myślący) musi zamilknąć. Wszyscy chorujemy i umieramy z powodu zbyt wielkiej miłości własnej, chcemy być podziwiani, jedyni nikt nie zgodzi się być nudnym, nieciekawym, paseistycznym”.

Napisz artykuł
Artykuły powiązane
Komentarze
    Reklama
    Ostatnio dodane artykuły
    Dom Dźwięku. Zagraj na nie byle czym. Mamy bilety! Muzyka / Aktualności
    Niezwykła teatralno- muzyczna instalacja, której brzmienie nadaje sama publiczność! Mamy podwójne zaproszenie na spotkanie z Domem Dźwięku w...
    Bulwar(t) nad Zalewem Nowohuckim. Lato pod znakiem kultury i rekreacji
    W Nowej Hucie wakacje zaczynają się już teraz! Już 9 czerwca rusza wielki plenerowy maraton wydarzeń. 7 dni w tygodniu, od rana do wieczora,...
    Obraz Matejki sprzedany za ponad trzy i pół miliona złotych. Nowy rekord polskiego rynku sztuki!
    Takiej licytacji nie było od lat. Na Aukcji Sztuki Dawnej w DESA Unicum obraz "Zabicie Wapowskiego” Jana Matejki zyskał rekordową sumę.
    Festiwal Miłosza w Krakowie. Zacznij od swoich ulic! /zdjęcia/ We Wear Culture - największa wirtualna wystawa poświęcona modzie!
    Tagi