zobacz listę gratisów jakie mamy do rozdania logowanierejestracja

Kulturaonline.pl - kulturalny rozkład jazdy

Zgłoś wydarzenie kulturalne Panel logowania dla instytucji kulturalnych
KulturaOnline.plTeatrArtykuły › Paweł Passini: Reżyser w sieci powiązań /wywiad/

Paweł Passini: Reżyser w sieci powiązań /wywiad/

 fot. Paweł Passini/archiwum reżysera

Paweł Passini, rocznik 1977 – twórca zespołu neTTheatre, reżyser, aktor, muzyk. Rozmawiamy z jednym z prekursorów posługiwania się w teatrze ”nowymi mediami”.

W 2004 roku ukończył Wydział Reżyserii Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Z neTTheatren stworzył spektakle takie, jak: ”Kryjówka”, ”Turandot” czy ”Kukła, księga blasku”. Nominowany do paszportu ”Polityki”.


Przemysław Lis: Masz na koncie ponad 50 stworzonych spektakli. Jesteś reżyserem, muzykiem i twórcą. Jak zatem można scharakteryzować twoją działalność?

Paweł Passini: Wydaje mi się, że cały trik polega na napięciu pomiędzy Akademią Teatralną w Warszawie oraz Ośrodkiem Praktyk Teatralnych w Gardzienicach. Wychodzę ze środowiska, które dziś nazywa się teatrem fizycznym, alternatywnym – nawiązującym często do twórczości Jerzego Grotowskiego. W Polsce to skomplikowane, bo teatr studencki i amatorski miesza się z awangardą teatralną – a ja na tym wszystkim siedzę okrakiem. Dla większości teatrów repertuarowych, to, co robię z neTTheatre, jest rodzajem poszukiwania, fantazji i eksperymentu. A z perspektywy teatrów alternatywnych moja działalność jest romansem ze światem teatru zawodowego. W dużym stopniu to określa, jak wygląda moja i nasza praca.

Lubelski neTTheatre ma 10 lat, jakie motywy kierowały Tobą przy zakładaniu tej grupy?

To była grupa ludzi, która wspólnie stwierdziła, że robienie teatru - w sensie: prób, poszukiwań, wspólnej pracy –  jest dla nich ważniejsze, niż wykonywanie zawodu aktora za wszelką cenę. A był wtedy moment, gdy w Polsce wyraźniejsze było pęknięcie między teatrami klasycznym i alternatywnymi. W neTTheatre zawsze chodziło o grupę, o band. Wszyscy mieliśmy chyba w swoim życiu jakiś zespół grający po garażach. Jeszcze w liceum zacząłem współprowadzić grupę teatralną, której członkowie wyznaczali kierunek, w jakim pójdą poszukiwania. Krótko mówiąc, było tak, jak gdyby każdy z nas rozwijał swój własny instrument, jednocześnie szukając wspólnej wizji tego wszystkiego. To, co się dzieje między ludźmi, jest tym, co najbardziej mnie kręci w pracy. Chodzi o kreowanie zespołu, który nawzajem się napędza i stawia sobie pytania. Jednocześnie ten zespół nie pozwala sobie utonąć, zjechać pod powierzchnię i dać zgodę na zbyt daleko idące kompromisy. Uważam, że samo robienie sztuki jeszcze z nikogo nie robi artysty. Ten awans daje dopiero uczestnictwo w samym procesie tworzenia, wspólnie z całym zespołem. To jest dla mnie ten narkotyk, powód, dla którego tym się zajmuję.

Na polskiej scenie teatralnej neTTheatre kojarzy się z nowinkami technicznymi używanymi w spektaklach. Kiedy rozpoczęła się Twoja przygoda z cyfryzacją?

Chcieliśmy dotrzeć do widza. Pamiętam takie zjawisko na początku obecnego tysiąclecia: pewna grupa twórców i odbiorców, ludzi, którzy mogliby tworzyć wspólnie teatr, zaczęła mocno działać  w Internecie. To jest również czas, gdy teatr mocno zasysa to, co dzieje się w happeningu i w teatrze tańca. Zmienia się obraz rozumowania i wreszcie pojawiają się w środowisku tzw. nowe media. Wykorzystaliśmy to i byliśmy pierwszym teatrem, w którym użyto na żywo kamery internetowej. Działo się to w spektaklu ”Odpoczywanie”. Projekcja polegała na bardzo dużych zbliżeniach pewnych części ciała aktorów: twarzy, dłoni i stóp. Dzięki temu mogliśmy wprowadzić to, co wtedy było właściwie niemożliwe, a co dziś osiąga się poprzez inteligentne światło. Aktor mógł swoimi ruchami i tańcem tworzyć dynamikę zmian światła na scenie. Wszyscy oczywiście stanęli okoniem i pytali: po co te wszystkie projekcje i obrazki na ścianach? To jeszcze teatr czy już film? 

 fot. Paweł Passini/archiwum reżysera

Jak powstał pierwszy spektakl w internecie?

Chcieliśmy spróbować tego medium jeszcze przed tym, gdy stało się szalenie popularne. Zrobiliśmy teatr, który pozwalał widzom oglądać spektakl na żywo w obrazie wielkości połowy obrazu TV. By tego dokonać, potrzebowaliśmy 1 megabajta transmisji wychodzącej, a w tamtych czasach było to bardzo trudno osiągalne. Nam się jednak udało, a to dlatego, że wylądowaliśmy w Srebrnej Górze, 60 km od Wrocławia. Tam, na wieży byłego kościoła protestanckiego (w którym przez 30 lat był dom publiczny ”Pod Aniołkiem”), stoją bardzo szybkie serwery, które nie były wykorzystywane. Tą drogą udało się wysłać sygnał i dzięki niemu w czasie trwanie spektaklu zarejestrować 16 000 unikalnych numerów IP. To był szok! Potem, w tym samym miejscu, postanowiliśmy zrobić 24-godzinny performance ”Butoh”. Zaprosiliśmy do udziału Tomka Bazana, który niestety po kilku godzinach doznał kontuzji, ale sam spektakl trwał dalej. W tym czasie na zewnątrz szalał huragan, który zniszczył część dachu na kościele, a to wszystko słychać było w transmisji. W czasie transmisji dostępny był czat dla widzów, odzywali się tam m.in.  ludzie z Chin. W tym wszystkim chodziło o to, by stworzyć warunki do działania teatru, który może robić bardzo awangardowe  rzeczy i jednocześnie działać poza miastem. Nasz teatr angażował bardzo dużo czasu i energii, my potrzebowaliśmy swojego miejsca, w którym możemy siedzieć po godzinach. Pochodzę z Warszawy i wiedziałem, że w tym mieście to się nie uda, bo tam nie ma miejsca na takie działanie. Doskonałym narzędziem do tego okazał się właśnie Internet i stary protestancki zbór w Srebrnej Górze.

Jak to się stało, że trafiłeś do Lublina?

Gdy zmieniła się władza w Srebrnej Górze, musieliśmy opuścić to miejsce. Wtedy zostałem zaproszony do Nasutowa, na warsztaty organizowane przez Tadeusza Słobodzianka. To było spotkanie, w którym brało udział wielu reżyserów i aktorów, między innymi Łukasz Wit Michałowski. Był on wtedy wyrazistą  postacią w Lublinie. Robił wiele i wcale nie myślał o ucieczce. Przekonał mni do tego, by spróbować w tym mieście. Pojawiła się myśl, że stworzymy własne miejsce. Później zostaliśmy jednak częścią lubelskiego Centrum Kultury, gdzie działamy do dzisiaj.


Porozmawiajmy o spektaklach neTTheatru. W czasie lubelskiej działalności stworzyliście ich już kilkanaście (nie licząc projektów pobocznych). W Twoich spektaklach widać bardzo silną rolę głównego bohatera, który jest rodzajem kręgosłupa całego projektu, osią, wokół której krążą wydarzenia. W ”Kryjówce” była to Irena Solska, w ”Biegunach” Kamil Cyprian Norwid, a w ”Pudełku” jest to Miron Białoszewski. Czy spektakle neTTheatru opowiadają historię tych ludzi na nowo? Skąd czerpiesz inspiracje?

Nie wiem. Stworzyłem już ponad 50 spektakli i choć myślę o każdym z nich z osobna, to widzę już pewną całość. Jednak nie jest to takie łatwe, bo samo tworzenie ma wiele wspólnego z modlitwą. Jednego dnia idziesz, modlisz się i wszystko jest tak jak zawsze. Ale nazajutrz, pomimo tej samej sekwencji, zdarza się coś więcej, przy czym bardzo trudno określić, czym jest to ”więcej”. Zdajesz sobie sprawę, że wszystkie poprzednie razy, gdy tylko powtarzałeś słowa, były wstępem do tego, co dzieje się potem.

Podobnie mam w swojej pracy teatralnej. Drążę jakiś temat, sposób myślenia i mam czasami odczucie, że wskakuje na kolejny poziom, widzę to wszystko z innej perspektywy. Po pierwsze, chodzi o ludzi, z którymi pracuję – ich wrażliwość i zdanie są dla mnie bardzo ważne. Po drugie, mam taki nurt spektakli, w którym ogólnie chodzi o ”przywoływanie mistrzów”. To są trochę mistrzowie, trochę święci.  Nasze spektakle to takie współczesne żywoty świętych. W tym nurcie mieści się spektakl ”Odpoczywanie” o Wyspiańskim – pierwszy, który pokazaliśmy w Lublinie. Dodałbym ”Śpiewając w Pustce” i ”Sobowtór i jego teatr”, opowiadające historię Antonina Artaud. W tym nurcie mieszczą się również ”Bieguny”, opowiadające o Norwidzie i ”Pudełko”. To są te spektakle przywołujące postaci funkcjonujące w naszej popkulturze. Niby o nich mówimy, niby je znamy, ale ostatecznie nie wiemy, kim byli naprawdę. Spektakle są budowane wokół tego, jak postać odczuwa świat. Staram się poszukać odpowiedzi na pytanie: jak kochali, jacy byli w momencie śmierci oraz jakie były ich relacje z Bogiem. To dotyczy tych postaci, o których – zakładam – widz coś wie. Przychodzi na spektakl i może skonfrontować to, jak wyobrażał sobie tę postać z tym, co zobaczył na scenie.

 fot. Paweł Passini/archiwum reżysera

W Twoich spektaklach można zauważyć bardzo dużo symboliki żydowskiej. Dlaczego?

To jest mocno związane z moim pochodzeniem, ale to tylko jeden z elementów. Wiedziałem o tym, że jestem Żydem, ale nie bardzo wiedziałem, co to znaczy. Moja rodzina ma barwną historię. Dziadek Robert Passini był żołnierzem napoleońskim, pochodzącym z północnych Włoch. Nim poszedł na Moskwę, zakochał się w warszawiance i gdy wrócił z kampanii, w Warszawie osiadł na stałe. W loterii pochodzenia wylosowałem również to, że jestem Żydem. I to w świetle prawa mojżeszowego, co oznacza, że pochodzenie odziedziczyłem po kądzieli. To niesamowite, że ma się taki rodzaj genealogii, ale z drugiej strony bycie Żydem w Polsce nie jest sprawą prostą. Tutaj ”żyd” to słowo obraźliwe, nacechowane negatywnie. W naszą kulturę wpisany jest karykaturalny obraz narodu wybranego. To pochodzenie bywa uciążliwe w pracy reżysera. Pracując w tym zawodzie ogarniasz cały kosmos, spotykasz wielu ludzi i z nimi współpracujesz. A kwestia żydowskich korzeni to jedna z tych, która nikogo nie pozostawia obojętnym. Miałem najróżniejsze przygody z tym związane.

Wracając do pytania – szukam symboliki i przestrzeni żydowskiej jako czegoś, co oglądam, chodząc po okruchach tego świata. Być w Polsce to być w miejscu, które dla kultury żydowskiej jest superważne. Z drugiej strony, obecność Żydów dla Polski była również bardzo istotna. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że język, którym się posługujemy współtworzyli tacy zawodnicy jak Brzechwa czy Tuwim. Oni jeszcze pokolenie wcześniej byli w rodzinach, które nie były zasymilowane, a ich przodkowie rozmawiali ze sobą w jidysz.

Z drugiej strony w życiu przeszedłem moment wejścia w religię. Mój dom był świecki – nie ateistyczny, ale świecki. Przeżyłem taki moment, w którym musiałem nauczyć się modlić, czyli tego, czego normalnie uczy się syn od ojca lub matki. Chodzę do synagogi, pamiętam o świętach, ale najważniejszym odkryciem była dla mnie właśnie modlitwa. Kwestia żydowskiej symboliki w moich spektaklach to nie kwestia uwielbienia dla tej kultury. Dla mnie teatr to też przestrzeń duchowa, dlatego posługuję się w niej symbolami, które dla mnie tę przestrzeń otwierają. A są to symbole związane z judaizmem. Czasami mam ochotę przywoływać je w spektaklu, pokazać, jak na mnie działają. Nasz teatr ma właśnie tę cechę – odsłania to, co najbardziej intymne.

Na koniec porozmawiajmy o dzisiejszym teatrze. Czy w świetle ostatnich wydarzeń we Wrocławiu uważasz, że polityka wchodzi na scenę?

Myślę, że to, co dzieje się wokół Teatru Polskiego w Wrocławiu pokazało, że politycy mają w nosie teatr. Tamta sytuacja zaczyna się od momentu, w którym ówczesny dyrektor Krzysztof Mieszkowski wykonuje kilka ruchów mających cechy prowokacji. Żeby było jasne, uważam, że teatr powinien prowokować, taka jest jego rola. Teatr jest bezpieczną przestrzenią eksperymentowania nad tym, co możemy mówić, a czego nie powinniśmy. Uważam jednak, że w tym konkretnym przypadku człowiek, który zdecydował się na karierę polityka, doprowadził do sytuacji, w której wątki artystyczne stały się mniej istotne. Osobiście spotkałem się z cenzurą w Polsce i na Białorusi. Brałem udział w akcjach, gdy słyszałem o tym, że tego czy tamtego nie chciałby słyszeć prezydent miasta lub rada. Moich spektakli to raczej nie dotyczyło, dlatego, że staram się przerzucać mosty i stronię od polityki. Mam do tego spory dystans. Wydaje mi się, że artyści powinni być na zewnątrz. Nie można być artystą z dnia na dzień, nie można nim być tydzień w miesiącu. Jeśli się w to wchodzi, to zobowiązujesz się do przestrzegania pewnego kodeksu moralnego. Jeżeli jesteś w tej przestrzeni, to, moim zdaniem, trzeba mówić o rzeczach, które są kluczowe, niezależnie od sytuacji politycznej. Nie oznacza to, że teatr się nie angażuje. Czasem przychodzi taka sytuacja,  jak w 1968 roku – wtedy teatr wypowiada się, bo nie może milczeć. Nieważne, czy politycznie jest to słuszne czy nie – moralnie jest to paskudne i wtedy w teatrze musi być głośno. W Polsce mamy historię, jaką mamy, dlatego szczególnie powinniśmy być wrażliwi wtedy, gdy słaby jest gnębiony. Przez wiele lat to my byliśmy słabi i nie daliśmy się zgnębić.

Czego życzysz sobie na kolejne 10 lat działalności neTTheatre?

Chciałbym, by to co jest w nazwie Stowarzyszenia Artystów ”Bliski Wschód”(w którym działam), stało się rzeczywistością. Byśmy otworzyli się na wschód, na tę duchowość i wrażliwość. By było to inspiracją do tworzenia. Tego sobie życzę na kolejną dekadę pracy.

Artykuł powstał w ramach programu praktyk w Kulturaonline.pl 

Napisz artykuł
Artykuły powiązane
Komentarze
    Reklama
    Ostatnio dodane artykuły
    Na co do kina? Uciekaj! i Wybawienie Film / Premiery
    Na długą majówkę dystrybutorzy przygotowali tylko 2 premiery, adresowane głównie do fanów nieszablonowych thrillerów.
    Netia Off Camera: Filmowa gorączka w Krakowie
    Ponad 200 projekcji w ciągu 10 dni. Projekcji dostępnych również za darmo, w ramach jednego z największych plenerowych kin. Po raz 10. Kraków...
    V Festiwal Muzyki Współczesnej im. Wojciecha Kilara: Przestrzenie
    Kompozytor muzyki teatralnej i filmowej Jan Kanty Pawluśkiewicz, pianista i dyrygent Adam Sztaba oraz pianista, Dyrektor Polish Music Center...
    Remigiusz Mróz – „Inwigilacja” /recenzja książki/ 'Sztuka w sztuce' w MOCAKU: Artyści kontra artyści /zdjęcia/
    Tagi