Przesłuchalnia Online
Dzisiaj słuchamy dwóch Gonzalesów, postrzelonych art rockowców z Everything Everything i comebacku Goo Goo Dolls. W ramach powtórki - klasyka Milesa Davisa i Avro Part.JUNIP, Fields (Mute)
![]() |
Działalność urodzonego w Szwecji, a mającego argentyńskie korzenie José Gonzáleza jest mniej spektakularna. Ale to właśnie on może pochwalić się sporą rozpoznawalnością. Jego cover "Heartbeats" zespołu The Knife za sprawą reklamy telewizorów Sony trafił pod strzechy. Gonzalez ze swą akustyczną śpiewaniną był w pewnym momencie antytezą komercyjnego wyrachowania. Tak jak Gonzales zaprzeczeniem off-owego pozerstwa. Obaj panowie nie stoją aczkolwiek w miejscu i przygotowali nowe zaskakujące wcielenia.
Przy ekletycznej palecie gatunków, którą posługuje się kanadyjski Gonzales, sięgnięcie po muzykę dance wydaje się posunięciem logicznym, choć znów nacechowanym pewną dozą szaleństwa. Płyta "Ivory Tower" stanowi ścieżkę dźwiękową autorskiego filmu wykonawcy i jest wynikiem kooperacji z berlińskim producentem sceny "brudnego" electro Boys Noize. Współpraca pianisty z topowym dj'em wbrew pozorom nie przyniosła bitowej nawałnicy. W końcu wydawnictwo firmuje Chilly Gonzales.
W większości nagrań "Ivory Tower" chill out bierze górę nad disco, choć to właśnie disco definiuje brzmienie całości. Utwory Gonzalesa otrzymały barokowe aranże na miarę tanecznych produkcji z końca lat 70. w stylu Chic. Podobnie prezentują się przebiegi melodyczne, choć te w dużym stopniu ewokują o dekadę późniejsze prekursorskie produkcje house music, tworzone na bazie pojedynczych, fortepianowych akordów. Gonzales, słynący z pianistycznych popisów, tu bardzo ostrożnie dawkuje partie swojego ulubionego instrumentu. Fortepian jest uwięziony w bogatym, elektronicznym anturażu, nierzadko stanowiąc jedynie element do nabijania rytmu.
Stosowanie serialnych motywów markujących Philipa Glassa, nie przeszkadza Kanadyjczykowi w serwowaniu przyjemnej, ilustracyjnej muzyki do tańca i różańca. Otwierające "Knight Moves" czy "You Can Dance" bez wstydu mogą pojawić się na każdym parkiecie. Z kolei utwory pokroju "Bittersuite" są pięknie skrojoną chwilą wytchnienia. Oba te oblicza "Ivory Tower" posiadają zresztą czytelny odsyłacz - lekką, bezpretensjonalną i zwróconą w przeszłość scenę French Touch. Gonzales z Daft Punk i Air mógłby zresztą spokojnie stanąć w szranki. To byłby dopiero pojedynek.
przesłuchaj płytę via 3VOOR12 tutaj
![]() |
Szwed ani nie zmienił swojej maniery śpiewu, ani też nie porzucił akustycznej gitary, a jednak płyta Junip stanowi pewne novum. Głównie ze względu na zadziwiający urodzaj aranżacyjny. Już w singlowym "Rope and Summit" dochodzi do porywającego spotkania między gitarowymi zagrywkami a narastającą w tle, dryfującą elektroniką. Ambientowe plamy generowane przez Winterkorna wyrwały intymne zaśpiewy Gonzaleza z kręgu balladowej ascezy. "Without You" wzbudziłby zazdrość Massive Attack, "It's alright" to swoisty akustyczny ekwiwalent micro house'u Matthew Herberta, a "To The Grain" tworzy wysmakowany pop w klimacie lat 80. na wzór obecnych poczynań Yesayer. Gonzalez odchodząc od image'u chłopaka z gitarą, na szczęście pozostał wierny folkowej skromności. "Fields" to płyta tak niepozorna, że łatwo przeoczyć jej walory, przemyślnie skryte pod warstwa niezobowiązującego muzykowania.
![]() |
| GOO GOO DOLLS, Something for The Rest of Us (Warner Bros.) |
Co jest grane: Jak przystało na chłopaka z porządnej katolickiej rodziny o polskich korzeniach, Rzeznick jest konserwatystą. Głównie na polu muzycznym, bo dowodzony przez niego zespół od lat z powodzeniem odpowiada zapotrzebowaniom na ugrzeczniony rock. Goo Goo Dolls potrafili dotąd obsługiwać zarówno miłośników soft- metalowych pościelówek, jak i zwolenników post- grunge'owego łojenia. Talent melodyczny Rzeznicka zaowocował balladą "Iris", które przykleiła się do Goo Goo Dolls chyba na zawsze. A szkoda, bo zespół niewątpliwie ma więcej do zaoferowania niż przereklamowane grupy rockowego manistreamu typu Maroon 5 czy Nickleback.
Nagrany po pięciu latach przerwy "Something for the Rest of Us" według Rzeznicka jest zresztą próbą nakreślenia klimatu współczesnej Ameryki, gdy z irackiego i afgańskiego frontu wracają żołnierze bez kończyn, a domy ich rodzin idą na licytacje. Wypisz wymaluj - aktualizacja springsteenowskiego "Born in the USA". Tyle, że jak by Rzeznick nie afiszował się ze swą publicystyczną empatią, i tak najlepiej wychodzi mu pisanie prostych rockowych przebojów. A te z "Something for the Rest of Us" są oparte na zacnych źródłach klasyki końca lat 60. posiadają od razu zapamiętywalne refreny, a na dodatek za ich produkcję odpowiadają takie tuzy jak Butch Vig.
Nie przegap: "Sweetest Lie" - wymarzony początek rockowej płyty, z wykopem przypominający o "Won't Get Fooled Again" The Who.
Przesłuchaj: via MSN. com <jeden plik WMP> tutaj
![]() |
| EVERYTHING EVERYTHING,Man Alive (Geffen) |
Co jest grane: Na Wyspach nie patyczkują się z debiutantami, więc pewien szkocki dzienikarz na dzień dobry poczęstował Everything Everything opinią najlepszej nowej, brytyjskiej grupy. Nawet jeśli przesadził, grupa z Manchesteru jest jednym z najbardziej ekscentrycznych zjawisk tamtejszej sceny. Właściwie to dalecy krewni Ariela Pinka, równie niepoczytalni w kwestii muzycznych inspiracji i trzymający się nie mniej archaicznych wyznaczników wykonawczych.
Nazwa Everything Everything to nie czcze przechwałki. Płyta "Man Alive" świadczy o tym, że muzycy zdołali przetrawić wszystkie możliwe style muzyki popularnej, z naciskiem na przełom lat 60. i 70. Everything Everything bałaganiarsko i bez pardonu rzucają odbiorcę w gąszcz kalejdoskopowo przeglądanych konwencji. Free jazzowe jamowanie, art rockowe dygresje (z gitarowymi arabeskami rodem z King Crimson), funkowy feeling i glamowy kicz potrafią wystąpić nawet w obrębie jednego nagrania. A to nie koniec, bo gusta muzyków uwzgędniają także disco, śladową elektronikę, a nawet chorały (!). Nad całością próbuje zaś zapanować nieznośnie falsetujący i teatralnie przesadny wokalista.
"Man Alive" nie da się przesłuchać bez zdenerwowania. Z drugiej strony od dawna żaden zespół nie rokował aż tak wielkich nadziei. Tylko czekać na półgodzinną suitę. Póki co chłopaki wyrabiają się w kilkuminutowych osiągach.
Nie przegap: "Schoolin' - definicja rozstrojonej tożsamości zespołu; enigmatyczna, opatrzona smyczkami ballada przechodząca w polifoniczny chaos.
Przesłuchaj: via 3VOOR12 tutaj
Miles Davis - "Bitches Brew" (Blue Note) - reedycja płyty będącej kamieniem milowym współczesnego jazzu - przesłuchaj via MSN.com <jeden plik WMP> CD 1 - tutaj, CD 2 - tutaj









