Zło, kasa i techno-party
![]() |
| Porcja (Lena Frankiewicz - z lewej). fot./B. Sowa. |
Powodów jest kilka. Sztuka Szekspira, napisana pomiędzy 1594 a 1597 rokiem i w druku opatrzona podtytułem "komiczna historia Żyda Shylocka" to uniwersalna opowieść o sile pieniądza i nietolerancji dla inności. Akcja rozgrywa się w XVI-wiecznej Wenecji i opowiada o losach kupca Antonia (Jerzy Senator), zamożnego geja (u Szekspira jego orientacja seksualna nie była aż tak jednoznaczna), który z powodu miłości do biednego Bassania (Szymon Czacki) daje w zastaw kawałek własnego ciała. Młody chłopak potrzebuje pieniędzy na wyprawę po rękę bogatej Porcji z Belmontu (Lena Frankiewicz). Antonio zaciąga dług u powszechnie znienawidzonego lichwiarza - Żyda Shylocka (Bolesław Abart). Panowie, oględnie rzecz ujmując, nie przepadają za sobą. Jednak biznes to biznes. Antonio nie ma zresztą innego wyboru, jeśli chce zachować "przyjaźń" młodego Bassania.
![]() |
| "Kupiec wenecki" - plakat. |
Nie sposób im jednak uwierzyć. Zachowują się sztucznie, niczym marionetki pociągane za sznurki niezbyt wprawną ręką. Nie czujemy napięcia pomiędzy Shylockiem i Antoniem. Równie trudno uwierzyć w chemię, jaka istnieje między kupcem a jego wyrachowanym utrzymankiem. Nie wspominając już o determinacji córki Shylocka – Jessiki, która ucieka z domu i chce zostać chrześcijanką.
Być może wina leży po stronie przerysowanego aktorstwa (dlaczego np. Gracjano ciska się jak piskorz w niemal każdej scenie?). Aktorzy Gietzky’ego ni stąd ni zowąd rzucają się na siebie, albo po prostu stoją na scenie jak kołki, czekając na swoją kwestię. Najlepiej w "Kupcu..." wypadła seksowna i mądra Porcja (Frankiewicz), która w przypadku Bassania wybrała po prostu mniejsze zło.
![]() |
| Bassanio (Szymon Czacki - z lewej) i Antonio (Jerzy Senator). fot./B. Sowa. |
Egoizm, rozwiązłość, wyrachowanie, chęć łatwego i przyjemnego życia – kręgosłup moralny bohaterów Gietzky’ego jest mocno naruszony. Właściwie nie ma tu postaci czystej – wszyscy są w jakiś sposób wyrachowani. Reżyser zdaje się nam mówić, że zło jest uniwersalne. I nie ma tu znaczenia, czy ktoś jest Żydem, gejem, antysemitą czy jeszcze kimś innym. Happy end, któremu towarzyszy ekstatyczny, mechaniczny taniec niczym na współczesnej techno-dyskotece, jest zatem boleśnie gorzki. "Trudno się sobie podobać, przeglądając się w lustrze „Kupca weneckiego” – piszą twórcy spektaklu. To prawda, ale pod warunkiem, że się w to uwierzy. Mnie się nie udało.








