zobacz listę gratisów jakie mamy do rozdania logowanierejestracja

Kulturaonline.pl - kulturalny rozkład jazdy

Zgłoś wydarzenie kulturalne Panel logowania dla instytucji kulturalnych
KulturaOnline.plLiteraturaArtykuły › Janusz Niżyński: Nie szukam inspiracji, ona sama mnie znajduje /wywiad/

Janusz Niżyński: Nie szukam inspiracji, ona sama mnie znajduje /wywiad/

 fot. z archiwum autora

Z blogerem i autorem "Trzydziestu krótkich opowiadań o miłości" rozmawiamy o uczuciach, literaturze kobiecej, współczesnym mężczyźnie oraz netowiskach.

 

Dominika Prais: Pana książka “Trzydzieści krótkich opowiadań o miłości” została zaklasyfikowana jako literatura kobieca, którą w tym przypadku należałoby rozumieć jako adresowaną do kobiet. Czy rzeczywiście z myślą o nich wydał Pan swoje opowiadania?

Janusz Niżyński:  Odpowiem Pani przekornie: a czym jest ta literatura kobieca? Bo ja tak naprawdę nie wiem... Próbując jednak pochylić się nad ramową definicją najbezpieczniej byłoby mi strawestować przytoczone przez Panią stwierdzenie: rodzaj twórczości literackiej adresowanej do kobiet. Jednak od razu rodzi się pytanie: przez kogo adresowanej? Zwróćmy uwagę, owszem: najpierw powstaje książka, ale post factum to redakcja szufladkuje jej treść i do notki redakcyjnej przykleja własną etykietkę. Etykietka ta wcale nie musi być zbieżna z wyobrażeniami autora. Kreowaniem polityki wydawniczej zajmuje się wszak nie autor, a wydawnictwo. Co to w praktyce oznacza? Chyba właśnie to, że nutkę sugestii, którą pokusiła się pani przypisać moim intencjom należy uznać za przewrotną...

Nie. Pisząc książkę nie myślałem o kobietach, jako o jedynie jej uprawnionych czytelniczkach. I po wydaniu opowiadań nadal tak nie myślę. Szanuję jednak reguły obowiązujące na rynku wydawniczym i nie oponuję, gdy klasyfikuje się moją książkę do przegródki z napisem: literatura kobieca. A na to, że nie tylko kobieca mam szereg dowodów: po moje opowiadania sięga wielu mężczyzn. I od wielu otrzymuję sygnały, że bardzo przypadły im do gustu... Cóż. Może nie będzie to odkrycie na miarę Kolumba, ale podsumuję tak: o miłości lubią czytać nie tylko kobiety, lecz wszyscy wrażliwi ludzie. Ja tylko wychodzę naprzeciw czytelniczym oczekiwaniom i gustom, gustom tych, którzy tego typu literaturę bardzo sobie cenią  i lubią.

 

Miłość jest tematem literatury w zasadzie od jej początków, a jednak nie da się chyba powiedzieć, że napisano o niej już wszystko?

Rozumiem, że to pytanie ma formę prowokacji dla podkręcenia temperatury dyskusji? Powiem tak: a czy ktokolwiek zna obszar dotykający jakiejkolwiek ludzkiej sfery, a w szczególności: uczuć, doświadczeń i doznań, na temat którego napisano wszystko? Chyba nie. To trochę tak, jakbyśmy próbowali utrwalić genotyp człowieka i mniemali, że można będzie się go nauczyć jak tabliczki mnożenia.

Nie wiem, kiedy nauka zdoła usystematyzować i jednoznacznie zinterpretować wszystkie zapisane w DNA ludzkie geny. Wiem za to, że jakich nie podejmowałaby wybiegów, umknie jej uwadze przynajmniej ten jeden najpiękniejszy: gen ludzkiej miłości. Ten bowiem nie poddaje się naukowym osądom szkiełka i oka. Bo miłość, jako fenomen ludzkiej sfery uczuć, nie jest składnikiem materii. Ona jest sama sobą i sama sobą wytycza granice bezkresnego oceanu-królestwa, do którego bardzo ograniczony dostęp ma ludzki rozum. A skoro tak – my pisarze możemy czuć się w tym bezkresie bezpiecznie. Na każdego, kto wypłynie swoją własną fregatą w ten bezbrzeżny ocean, czekają nieskończone archipelagi dziewiczych wysp. Ja, jak i wielu przede mną, do jednego z takich archipelagów właśnie dopłynąłem. Teraz z ciekawością współczesnego eksploratora zwiedzam nietknięte dotąd przeze mnie krainy, a doznawane wrażenia na bieżąco utrwalam w swych kolejnych „pocztówkach” i opisach. 

 fot. Novae Res

Pana bohaterowie kochają, ale wydaje się, że rzadko są w miłości szczęśliwi. Nie wierzy Pan w taką miłość?

Tak przekornie (znowu!) postawiona przez panią implikacja może sugerować, jakoby odzwierciedleniem mych osobistych doznań były pokomplikowane losów moich bohaterów. Nie – to tak nie działa. Zaręczam. Moja osobista wiara w miłość nie ma tu nic do rzeczy. Jako współczesny realista hołduję klasycznej definicji prekursora literackiego realizmu Marie-Henri Beyle. Jak wiadomo, ów francuski romantyk, znany bardziej jako Stendhal, przyrównał literaturę do zwierciadła, które obnosi się po gościńcu, to odbijając lazur nieba, to błoto przydrożnej kałuży.

Parafrazując tę cenną myśl powiedziałbym zatem w ten sposób: nie wińmy pisarza, że opisuje ludzi, jakimi są. On tylko przedstawia, co widzi, co obserwuje, z czym spotyka się na co dzień. Tym samym bohaterowie w moich opowiadaniach są tacy, jacy są w ogóle współcześni ludzie. Niestety, w moim przekonaniu i bardzo często niedowartościowani, zagubieni w labiryntach wszędobylskich układów i zależności, w labiryntach miłości, nieszczęśliwi ryzykanci życiowi poszukujący nowych niebezpiecznych doznań i wyzwań. Linoskoczkowie... Oczywiście, nie mnie piętnować takie postawy a tym bardziej moralizować. Moją rolą jest dostrzegać między innymi takich właśnie ludzi, próbować utrwalać ich sylwetki na kartach swoich książek, oceny pozostawiając czytelnikom.

Zaś, co do samej wiary w szczęśliwą miłość… Nie muszę wierzyć w szczęśliwą miłość. Ja ją posiadam. Uosabia mi ją wspaniała, mądra, kochająca mnie z wzajemnością moja żona.

 

Męskim postaciom Pana opowiadań daleko do ideału macho. Jaki jest, Pana zdaniem, współczesny mężczyzna?

Piękne pytanie! Proszę o następne… Oczywiście żartuję. Spróbuję na nie odpowiedzieć. Wolałbym jednak nie odnosić się do współczesnego mężczyzny, a w ogóle do współczesnego człowieka. I o nim zaraz. Co do samych mężczyzn łatwiej także byłoby mi skwitować, jakimi nie tyle jesteśmy, ale jakimi chcemy być postrzegani przez kobiety.

Otóż, jak sądzę, my mężczyźni w większości chcemy być uznawani za odpowiedzialnych (za siebie, za rodzinę, czyny, decyzje, słowa), chcemy imponować kobietom naszym sprawnym ciałem, polotem umysłu, intelektem, chcemy, aby nasze kobiety czuły się przy nas bezpiecznie, doceniały, że mimo stalowych mięśni mamy delikatne ręce i dłonie, którymi, gdy trzeba potrafimy przytulić, utulić, ukoić.

Chcemy wreszcie, aby nam ufały, wierzyły w nas i miały w cenie naszą niekiedy bolesną szczerość, której oręża czasem musimy nadużywać, chcąc wyjaśnić zarzewia sporów i waśni. I potrzebujemy jeszcze odrobinki przestrzeni psychicznej tylko i wyłącznie dla siebie: niech nie pytają, dlaczego świtem wychodzimy na ryby, skoro w domu i na półkach sklepowych jest ich pod dostatkiem, albo czemu tyle czasu wylegujemy się na tapczanie ze wzrokiem utkwionym w suficie? Takimi chcielibyśmy, aby nas akceptowały. Czyż nie dałoby się czegoś bardzo podobnego powiedzieć o kobiecych oczekiwaniach? Pewnie dałoby się…

 fot. z archiwum autora
Postawy i typoszeregi osobowościowe stają się w naszych czasach coraz bardziej zuniwersalizowane i nierozróżnialne ze względu na płeć. Oznaka coraz śmielej panoszącego się gdziekolwiek spojrzeć dżenderyzmu? Może… Wracając do współczesnego człowieka – jak już wspomniałem, jesteśmy nierzadko niedowartościowani, niespełnieni, nieszczęśliwi w miłości, skłonni do ponoszenia niejednokrotnie ryzyka w imię doznawania czegoś nowego, nietypowego. To trochę jak skoki na bungee: czemu nie skoczyć, skoro jest możliwość? I skaczemy. Czasem nachodzi mnie refleksja, czy aby współczesnym człowiekiem nie miotają aż nadto idee żywcem wyniesione z epoki romantyzmu. I zawsze jest na to odpowiedź pozytywna.

Powtórzę: nie szkiełko i oko, a bezmyślne serce (a niby, jakie ono jest?) i potrzeby ciekawskiej duszy są drogowskazem. Doznajemy typowego efektu wpadania w pułapki współczesnego, sztucznie napompowanego konsumpcjonizmu, który na przekór potrzebom, logice i rozumowi zachęca nas do siebie, do swych dóbr i używek. Konsumencie! – Krzyczą reklamy – skorzystaj, sprawdź, spróbuj, doznaj! Jesteś tego wart!...  A my bezmyślnie poddajemy się presji i korzystamy, a potem, jak nieszczęśnicy, błądzimy szukając wyjścia z prowadzącego donikąd labiryntu… 

 

Każda z tych osobowości ma coś z Pana?

Pewnie coś ma… Pytanie tylko, na ile i jakie ma odbicie w sylwetkach moich bohaterów? Do tej pory się nad tym nie zastanawiałem. Ktoś kiedyś celnie skonkludował, że umiejętność komunikowania się w innym języku to trochę tak, jakby mieć dostęp do innego życia i żyć innym życiem. Nie będę więc chyba szczególnie oryginalny stwierdzając, że podobnie jest ze snuciem fabuły i intryg na kartach tworzonych przez autora powieści. W wykreowanych przez siebie postaciach my autorzy możemy dać ujście własnym czynom i postawom, które w naszym realnym życiu są efektywnie cenzurowane i korygowane przez normy społeczne i wartości, jakimi każdy z nas w prywatnym życiu kieruje się na co dzień. Tak więc i my pisarze możemy żyć i w jakimś stopniu żyjemy drugim życiem (trzecim, czwartym, n-tym) za każdym razem eksperymentując na fikcyjnym „organizmie”.

Gorzej tylko, gdy nasza fikcja niebezpiecznie zbliża się to prawdziwych postaci, niemal dokumentując je wedle własnej nieocenzurowanej optyki i postrzegania, z pominięciem zgody na taki subiektywny „raport” tych ostatnich. Dlatego w przedmowach do swych książek wielu autorów wyraźnie zaznacza, że zbieżność faktów i postaci jest tylko przypadkowa z tymi, które mogą być znane czytelnikom ze świata realu. 

  fot. z archiwum autora
Literalnie odpowiadając więc na pani sugestię – proszę bardzo! Dzielnie odpowiem: tak! Każdy z tych wykreowanych przeze mnie mężczyzn ma coś w sobie z mego własnego ja. I nie będę teraz ważył ani dookreślał, czego i ile. Za to z całą szczerością przyznam się do przynajmniej jednego egotyzmu: w życiu prywatnym jestem zagorzałym melomanem. Nieźle znam się na muzyce klasycznej, gram na fortepianie, czasem koncertuję przed niewielką publicznością, a na YouTube zarejestrowałem kilkadziesiąt moich własnych interpretacji utworów Chopina i innych wielkich klasyków (ale także i twórców muzyki lżejszego gatunku, głównie filmowej). Stąd ten Chopin, fortepian i inne instrumenty, i stąd te wątki muzyczne, w które z premedytacją wikłam moich bohaterów. W tych przynajmniej muzycznych cechach osobowościowych każdy z nich – to cały ja.

 

Z jednym z bohaterów łączy Pana zamiłowanie do pisania netowisk. Co to takiego?

Spodziewałem się takiego pytania. Chyba dlatego, że roszczę sobie pretensje do autorstwa tego, jak sądzę, nowego medialnego gatunku. Odpowiem tak: netowisko w moim zamierzeniu miało być, a de facto: było i jest, sukcesywnie pisanym i publikowanym w sieci czymś bliskim rodzajowo do „słuchowiska” (starszemu pokoleniu forma „słuchowiska” znana jest doskonale z radia), w przystosowanej i specjalnie dedykowanej dla niego internetowej witrynie. Jest nim zbiór pojedynczych, raczej krótkich opowiadań wzbogaconych graficzną ilustracją, ułożonych chronologicznie (co bynajmniej nie oznacza, że kolejne opowiadanie rozwijającego się w nieskończoność cyklu będzie chronologicznie najnowsze), powiązanych wspólnymi postaciami i narracją. Jednocześnie każda miniatura zbioru jest zamkniętą całością i wycięta z cyklu może także funkcjonować jako samodzielny przekaz.

Netowisko to zatem coś jak przykładowy cykl preludiów opus 28 Chopina, które jako całość tworzą wyszukany bukiet muzycznych kwiatów, chętnie odgrywanych w komplecie przez wirtuozów fortepianu, lecz z tego bukietu każdy meloman, ale i pianista, może wyciągnąć dowolny kwiat, by tylko na nim skupić całą swoją uwagę bez szkody dla reszty bukietu. W moim przypadku miniatury muzyczne zastąpiły nowelki wzbogacone grafiką bezpośrednio nawiązującą do ich treści. 

 

Netowiska Pana autorstwa można znaleźć na stronie internetowej janusz.nizyński.pl, podobnie jak niektóre opowiadania, które złożyły się na Pana książkę. Od jak dawna powstawał materiał do „30 opowiadań o miłości”?

Najwcześniejsze teksty trzeba by datować na początek lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, a więc na okres, w którym dopiero co w Polsce zaczął powszechnie być dostępny Internet i gdy pierwsi prywatni użytkownicy zakładali w nim swoje prywatne strony. Należałem do tych pionierów. Nie było jeszcze wtedy pojęcia blogu. Założyłem więc swoją własną prywatną witrynę i natychmiast zacząłem publikować na niej nie tylko autorskie teksty, choć przede wszystkim takie. Ten fragment krótkiego opowiadania, o budzeniu motyli, który na Facebooku niedawno obejrzało grubo ponad ćwierć miliona osób (z czego blisko siedem tysięcy uhonorowało go „lajkami”) w mojej książce stanowi część opowiadania pod tytułem: „Nokturn Debussy’ego”. Jego pierwotna wersja powstawała właśnie w tamtych czasach.

Gdyby jednak spytała mnie Pani o datę pierwszych napisanych przeze mnie opowiadań o miłości – trzeba by się cofnąć jeszcze kilkanaście lat wcześniej. Do lat siedemdziesiątych, gdy jako młody chłopak przygotowywałem się do studiów polonistycznych ćwicząc swój prozatorski warsztat i poczucie literackiego stylu. Życie spłatało mi jednak figla. Ostatecznie wybrałem wydział MEiL na Politechnice Warszawskiej. Potem zrobiłem jeszcze podyplomowo studia na trzech innych uczelniach niemających także nic wspólnego z humanistycznymi dziedzinami. I do dziś zawód inżyniera jest tym, z którego się utrzymuję, pracując przy wytwarzaniu ciepła i energii elektrycznej w PGNiG Termika SA (dawne Elektrociepłownie Warszawskie). 

 

Skąd ta zmiana planów?

Wie Pani, że do końca nie wiem? Być może jakiś wpływ na moją decyzję miało to, że w roku maturalnym otworzyła się przede mną możliwość podjęcia studiów na prestiżowym wydziale Budowy Elektrowni Atomowych w Moskwie. W owych czasach taki kierunek oprócz Moskwy funkcjonował jeszcze tylko w Waszyngtonie. Oczywiście, w latach siedemdziesiątych wyjazd na studia do Waszyngtonu dla zwykłego maturzysty nie był możliwy. Co innego do Moskwy. A że ogólnie byłem niezłym uczniem, przedmioty ścisłe nigdy nie stwarzały mi najmniejszych problemów, więc pomyślałem: czemu nie?

Mocno zachęcony decyzją Rady pedagogicznej mojego liceum (nr III im. Gen. Sowińskiego w Warszawie), która zaproponowała mi skierowanie na studia w trybie bez egzaminów – ostatecznie postanowiłem: jadę! No i prawie wyjechałem, prawie... bo tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego Rosjanie ograniczyli ilość przyjęć dla studentów z Polski. Chcąc nie chcąc musiałem pozostać na uczelni, tej, która formalnie firmowała mój wyjazd – czyli na Politechnice Warszawskiej.  


Uczelnia nie zdławiła w Panu humanistycznego zacięcia. Co stało się dla Pana impulsem do pisania?

I znowu musiałbym się cofnąć, tym razem do połowy lat sześćdziesiątych. Od jednego z przyjaciół otrzymałem w podarunku „Poematy prozą” Iwana Turgieniewa. Te niepozorne drobiazgi literackie dziewiętnastowiecznego pisarza dosłownie poraziły mnie wtedy mistrzostwem formy i zwięzłością treści. Bardzo chciałem tak jak Turgieniew w kilku prostych zdaniach zawrzeć najważniejsze dla człowieka dezyderaty i myśli. Mimo wykonania wielu prób do dziś mam z tym niemałe kłopoty. Czuję się ideowo uczniem rosyjskiego pisarza, z którym niewątpliwie łączy mnie słowiańska dusza i wertepy wspólnej narodowej historii, ale wciąż czuję się uczniem w bardzo niewielkiej mierze godnym mistrza.

Za to wyjątkiem są moje bajki. Tu już osiągnąłem w zasadzie to, czego chciałem. Przypomnę, nie opowiadaniami, a właśnie publikacją moich dwujęzycznych bajek dla dzieci „Bajki dla dzieci - Stories for kids” zadebiutowałem na tradycyjnym rynku księgarskim. To bajki rozwinęły mój warsztat, nauczyły zwięzłości, prostoty wysławiania, pointowania treści. Jeśli więc w opowiadaniach wciąż mam wiele do nauczenia się, odkrycia i zrobienia, o tyle w bajkach dla dzieci przynajmniej na dziś powiedziałem chyba swoje ostatnie słowo.  

 

Losy niektórych bohaterów ciągną się przez kilka opowiadań. Nie kusi Pana, by rozbudować którąś z tych krótkich form w powieść?

Prawda! Kusi. Ale nie tylko kusi, ale wręcz już skusiło. Nic w tym niezwykłego. Przecież praktyka kontynuowania losów ulubionych postaci autora (ale i czytelników) w żadnej mierze nie jest czymś oryginalnym i nowym. W historii literatury mamy mnóstwo takich przypadków, że choćby wspomnę bohaterów balzakowskiej La Comédie Humaine, albo topowych postaci powieści Juliusza Verne’a. Tak samo jest i będzie również w moim przypadku.

Oto na dniach ukaże się na rynku moja kolejna książka. Jej tytuł – „Kochankowie ze Starych Babic”. W fabule tej obyczajowej powieści przewiną się wątki kilku afektów miłosnych, w których niepoślednią rolę odegra Janusz Babicki – jeden z głównych bohaterów „Trzydziestu krótkich opowiadań...”. W niezbyt rozbudowanej, ale znamiennej i błyskotliwej roli pojawi się także Caterina Fille, Trazom i kilkoro jeszcze innych, znanych już czytelnikom bohaterów mych Opowiadań. Saga zatem trwa i żywię nadzieję, z pożytkiem dla postaci, dla czytelników i dla mnie trwać będzie w najlepsze. A w przygotowaniu już następna książka. I znowu losy tych samych (choć także i nowych) bohaterów.

Myślę, że wytłumaczenia fenomenu przenoszenia postaci, akurat w moim przypadku, mógłbym doszukać się w swym realnym życiu. Otóż publikując wcześniej różne utwory (na mej prywatnej internetowej witrynie Janusz.Nizynski.pl) miałem zaszczyt gościć wielu przyjaciół. Komentowali, doradzali, inspirowali. Chcąc nie chcąc sami przy okazji stawali się dla mnie wzorcami pewnych wyrazistych osobowości, które z niepisaną akceptacją przenosiłem w tryby twórcze kolejnych opowiadań. Dzisiaj będą nimi już nie opowiadania, a kolejne książki.

 

Czy to oznacza, że rozstaje się Pan z krótkimi formami prozatorskimi?

O nie! To wspaniała intelektualna przygoda. Myślę już nawet nad przygotowaniem materiałów pod drugi tomik opowiadań o miłości. Uzbierało mi się już ich całkiem sporo. Od jakiegoś czasu niektóre z nich publikuję na mojej autorskiej stronie Facebooka https://www.facebook.com/Janusz1228/ . Mam jeszcze cały zestaw bajek dla dorosłych oraz tomik baśni dla dorosłych. Te ostatnie mogą być przebojem: mało na rynku księgarskim ukazuje się baśni adresowanych do dorosłego czytelnika. Więc kto wie, może z takiego „przeboju” da się wylansować szlagier? Zobaczymy.

 

Gdzie szuka Pan inspiracji?

Odpowiem przewrotnie: nie szukam inspiracji. To ona sama mnie znajduje. Dobry film, książka, wyjazd na jakiś pobyt w nietuzinkowym miejscu, a nawet koncert w filharmonii zasiewa pestkę, lecz nie wiem, kiedy z takiego ziarna wyklują się zieleniące pędy. Na pewno nie wtedy, kiedy tego bardzo chciałbym. Moja inspiracja najwidoczniej ma podobne wielkopańskie maniery, jak bajka Andersena: jest „wielką damą, która przychodzi wtedy, gdy ma na to ochotę”. I nic na to nie poradzisz...

 

Dziękuję za rozmowę!
Napisz artykuł
Artykuły powiązane
Komentarze
  • Czytajac czesto rozmowy z przedstawicielami wielu dziedzin sztuki,nasuwa sie wniosek,ze niektorzy z nich moga bardzo zazdroscic Jakubowi Nizynskiemu.Oby tylko znajdujace go inspiracje,umiejetnie wykorzystywal.

Reklama
Ostatnio dodane artykuły
Letnie Tanie Kinobranie - Młode życie /konkurs/ Film / Aktualności
Lato w pełni, a 11. Letnie Tanie Kinobranie jest już na półmetku. Mamy dla Was podwójne zaproszenie na jeden z seansów.
Letnie Tanie Kinobranie - Prawdziwe życie /konkurs/
Wielkie kino za małe pieniądze. Wspólnie z Kinem Pod Baranami zachęcamy do nadrobienia...
Letnie Tanie Kinobranie - tydzień 2: Kobieta i życie /konkurs/
Wielkie kino za małe pieniądze. Wspólnie z Kinem Pod Baranami zachęcamy do nadrobienia filmowych zaległości. I mamy dla Was podwójne...
Letnie Tanie Kinobranie: Żyć znaczy kochać /konkurs/ Dom Dźwięku. Zagraj na nie byle czym. Mamy bilety!
Tagi