zobacz listę gratisów jakie mamy do rozdania logowanierejestracja

Kulturaonline.pl - kulturalny rozkład jazdy

Zgłoś wydarzenie kulturalne Panel logowania dla instytucji kulturalnych
KulturaOnline.plDebiutyLiteratura › Magiczne bajki dla małych i dużych

Magiczne bajki dla małych i dużych

Grażyna Nowak.html
Grażyna Nowak/fot. archiwum autorki
Przedstawiamy kolejny debiut literacki. Grażyna Nowak pisze o sobie, że jest "początkującą autorką tekstów dla dzieci". Choć jako bajkopisarka odpiero zaczyna, może pochwalić się już małym sukcesem. Jej opowiadanie "Wilcza kołysanka" znalazło się na płycie wydanej przez fundację WWF (tutaj możecie poczytać o tym projekcie). Naszym zdaniem całkiem udany początek.

Poniżej prezentujemy fragment książki "Kwole i inne", nad którą Pani Grażyna właśnie pracuje. Przeczytajcie także historyjkę o "Kichającej Stokrotce"  oraz "O cieniu, który szukał przyjaciela".

Pisząc je myślałam o zachowaniu magii, której w życiu codziennym jest wciąż zbyt mało. Wierzę, że mi się to udało – mówi autorka. Przekonajcie się zresztą sami.

*********

KWOLE I INNE

Weronika to mała, pyzata, piegowata dziewczynka. Uwielbiają ją wszyscy, bo zawsze się uśmiecha i bardzo lubi tkwiące na jej nosie rudawo-brązowe piegi. Można odnieść wrażenie, że pojawiły się tam na chwilę, ale tak spodobał się im jej nos, że postanowiły zostać na nim już na zawsze.
Jest jeszcze Filip, młodszy brat Weroniki. Straszny z niego łobuziak. Zapytany, ile ma lat zawsze odpowiada „trzy” pokazując przy tym dwa palce. Powiem wam w sekrecie, że ma prawie cztery i jest przedszkolakiem. Rodzeństwo to mali czarodzieje. Sprawiają, że nawet w deszczowy dzień słońce się do nich uśmiecha zza chmurki. Za chwilę sami się o tym przekonacie.

Dary jesieni

.html
 ...kasztany wypadały ze swoich skorupek.
Nadeszła jesień. Liście na drzewach zrobiły się kolorowe. Weronika z okna swojego pokoju patrzyła na opustoszały park. Wydawał się taki samotny. Poruszające się delikatnie na wietrze listki zachęcały do spacerów i upajania się ich niezwykłymi kolorami.
- Zakładajcie kurtki, idziemy na spacer – usłyszała głos mamy.
- Jak to – odezwał się Filip. - Przecież pada deszcz!
- Nie pada – skomentowała mama, tylko mży kapuśniaczek, czyli taki delikatny, prawie niewyczuwalny deszczyk. Nie zauważyłam, by ktoś z nas był z cukru, chyba że o czymś nie wiem – zażartowała. Filip uśmiechnął się pod nosem. Wtedy mama dodała:
- Załóżcie kurtki przeciwdeszczowe, ja wezmę parasol taty.
Filip nie musiał już nic mówić, jego szczęśliwe oczy powiedziały wszystko. Oczyma wyobraźni widział siebie pod tym ogromnym, w brązowo-grafitową kratę parasolem taty. Miał nadzieję, że jak dorośnie też będzie miał taki duży i też w kratkę. Rozmyślania przerwało głośnie zawołanie podekscytowanej Weroniki.
- Hurra! Idziemy do parku! - Po czym chwyciła swój płaszcz i niczym torpeda wyskoczyła na klatkę schodową. - Prędko – wołała, by przyśpieszyć wyjście. Zapał siostry nie udzielił się Filipowi. Anemicznym krokiem stąpał po schodach i niczym kot Mruczek, mruczał coś pod nosem.
- Zobaczysz, jak będzie przyjemnie – powiedziała mama. Zaraz po wyjściu ich oczom ukazał się zupełnie inny krajobraz niż ten widziany z okna pokoju. Jesienne liście mieniły się kolorami tęczy, a kasztany wypadały ze swoich skorupek.
- Ale ładne z nich jeżyki – powiedziała Weronika. Może wezmę kilka do domu! – dodała. Mamie bardzo spodobał się ten pomysł. Stwierdziła, że z darów jesieni (tak nazwała kasztany, kolorowe liście, suche źdźbła trawy) zrobić nawet dzieło artystyczne.
- Dzieło? Artystyczne? – zdziwił się Filip.
- Tak, dzieło – powiedziała mama. - A teraz uwaga, ogłaszam konkurs na najładniejszą pracę pt. "Dary jesieni". Nagrodą będzie babka z rodzynkami, którą upiekę z wasza pomocą.
Konkurs natychmiast przypadł Weronice do gustu, Filip również się ożywił. Pomyślał, że nazbiera trochę darów do małej torebki, którą zwykł nosić w małej kieszonce spodni.
W mgnieniu oka torba napełniła się kolorowymi liśćmi, kasztanami i wysuszonymi źdźbłami traw. Kiedy schylił się po jeszcze jeden duży i bardzo kolorowy liść, zauważył leżącą pod nim suchą skórę jakiegoś zwierzątka.
– Mam nadzieję, że nie będzie już nikomu potrzebna – pomyślał przyglądając się znalezisku z ogromnym zaciekawieniem. Chwilę potem wrzucił ja do torby z innymi skarbami. - Może do czegoś ją wykorzystam – pomyślał i uśmiechnął się pod nosem, bo od razu przyszła mu do głowy zabawa w straszenie dziewczyn.
- O mam, mam! – zawołała Weronika.
- Co takiego? – zapytała mama.
- Mam płatki jakiegoś kwiatka. Zobacz, jakie są śliczne.
- Masz rację, są wyjątkowe – potwierdziła.
Chcieli jeszcze przejść się alejką i tunelem utworzonym przez konary drzew, ale w mgnieniu oka kapuśniaczek zamienił się w ulewę. Zaczęło lać, jak z cebra. Bez ociągania się postanowili wracać do domu.
- Wracamy , bo ten jesienny deszcz przemoczy nas do suchej nitki - zawołała mama. Dzieciom to stwierdzenie wydało się bardzo śmieszne, ale nie było czasu na dopytywanie, o co właściwie chodzi z tą suchą nitka. Ulewa stawała się coraz większa. Na alejce pojawiły się ogromne kałuże. Krople deszczu uderzały we wszystko, co spotkały na swej drodze. Nos Filipa po uderzeniu jednej z nich zrobił się purpurowo-czerwony. Przed ich siłą nie obronił się również nos Weroniki. Wydaje się, że najbardziej z tak obfitego deszczu cieszyły się kałuże, które stawały się coraz większe i trudniejsze do przeskoczenia. Filip próbując to zrobić wpadł w jedną w nich. Na szczęście miał na nogach zielone kalosze, które uwielbiają wszystko, co mokre.


Po krótkiej chwili, bo park na całe szczęście był blisko domu, wszyscy popijali sok lub herbatę z malin. Kiedy wszystkim zrobiło się ciepło, postanowili obejrzeć zebrane skarby. Weronika swoje ochoczo wysypała na stół.
- Ten listek leżał pod dębem – tłumaczyła, a ten niedaleko ławki – dodała, wskazując na mieniący się kolorami liść.
- A co znalazł Filip? – zapytał tata. Chłopiec nie odpowiedział, tylko chwycił torbę ze swoimi skarbami i zamknął się w swoim pokoju.
- Mam ochotę na duży kawał ciasta z rodzynkami. Muszę więc szybko zrobić ten obrazek na konkurs – zawołał..
- Ja też! – zawołała Weronika i w mgnieniu oka zabrała się do pracy. Posmarowała klejem kartkę z bloku technicznego i wysypała na nią trochę piasku. Dodała jeszcze parę liści i odrobinę trawy. Ramkę zrobiła z niebieskich kwiatków. Obrazek wyglądał pięknie.
Natomiast Filip z kasztanów i wykałaczek zrobił ludziki. Czapeczki miały z liści, a oczy z czerwonych korali jarzębin. Dookoła rozłożył przyniesiony ze spaceru mech. Wyglądało, jakby ludziki po nim chodziły. Ze skorupek kasztanów zrobił jeżyki. Ich plastelinowe uszy i oczy uśmiechały się radośnie. Praca była prawie gotowa. Brakowało jeszcze skóry, którą chłopiec położył na mchu, między jeżykami i ludzikami. Wyglądała przerażająco. Kiedy gotową pracę przyniósł do kuchni, dziewczyny pisnęły. Chłopiec ze szczęścia zachichotał. Może czuł, że za chwilę, w nagrodę, będzie jadł pyszne ciasto? Jego zapach krążył po mieszkaniu od dłuższego czasu. Niestety, Weronika również miała chrapkę na nagrodę. Czuł, że siostra przygotowała coś szczególnego i bardzo ciężko będzie z nią wygrać. Tata jako niezależny ekspert przysłuchiwał się wszystkiemu uważnie.
- Teraz ja pokaże swoją pracę – zapowiedziała dziewczynka. Mama była zachwycona. Przyklejone do białej kartki papieru liście ożyły. Muchomorowi namalowanemu w rogu rysunku, chyba z wrażenia, zrobiła się kolejna, biała kropka. Mama patrząc na obrazek zapytała:
- Nie masz przypadkiem w kieszeni skóry porzuconej przez zaskrońca, albo innego gada?
Wszyscy zaczęli się śmiać. Obie prace były na medal, mimo że praca Filipa wywołała dużo szybsze bicie serca. Prace zostały umieszczone w widocznym miejscu. W nagrodę, za udział w konkursie, wszyscy zjedli drożdżową babkę z rodzynkami. Tata też dostał kawałek ciasta. – Za czuwanie nad prawidłowym przebiegiem konkursu – stwierdziła jednogłośnie cała trójka.
- Kiedy robimy kolejny konkurs? – zapytał tata delektujący się ciastem.
- Może jutro – stwierdziła Weronika. – Chętnie zjem jutro jakieś ciasto – dodała, bo była strasznym łakomczuchem i uśmiechnęła się tak pięknie, jak tylko ona potrafiła.

*********

KICHAJĄCA STOKROTKA

- Stokrotko! – zawołała mama.
- Tylko skończę malować - odpowiedziała dziewczynka.
- Obiad wystygnie i trzeba będzie odgrzewać – nie rezygnowała.
- Już idę! – dodała i zanim doszła do kuchni, kichnęła chyba ze sto razy. Tę dziwną przypadłość miała od zawsze. Nie przejmowała się nią aż do chwili, gdy na jej ciele pojawiło się mnóstwo czerwonych plam.
- Wyglądasz, jak rak – żartował kolega z podwórka.
Miał rację, czerwona skóra przypominała pancerz tego skorupiaka, z tą różnicą, że dziewczynkę czerwone plamy piekły i swędziały. Poza tym na ręce pojawiła się jej dziwna kropka.
- Kichaj, kichaj – usłyszała głos. - Wtedy szybciej urosnę.
- Kim jesteś? – dopytywała dziewczynka.
- Nie mów tyle, tylko kichaj – usłyszała znów ten sam głos.
- Niech mnie ktoś uszczypnie! – stwierdziła głośno. – Słyszę jakiś obcy głos. Próbowała sprawdzić, skąd dochodzi? Bezskutecznie. Rozmyślenia przerwało bardzo intensywne kichanie i zaczerwienienie dłoni, większe niż dotychczas. Ulgi nie przyniosły okłady babci Lusi, ani napar dziadka Włodka. Taki stan trwał zazwyczaj przez jakiś czas i nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko znikało. Niestety, nie na długo. Po krótszym lub dłuższym czasie swędzenie i plamy powracały ze wzmożoną siłą. Dziewczynka kichała wtedy ze sto razy na minutę i właśnie dlatego wszyscy znający jej przypadłość nazwali ją Stokrotką.
Mama uważała, że z urody również przypomina ten piękny kwiat. Oczywiście zdarzało się, że koledzy mylili jej imię z Niezapominajką lub Maciejką, ale wcale jej to nie przeszkadzało.
- To przecież takie piękne i wyjątkowe kwiaty – odpowiadała Stokrotka i kichała, jakby na potwierdzenie wypowiedzianych słów.
- Na zdrowie! – szeptała wtedy cichym głosem mama i zaczynała wspominać. Maciejka kojarzyła się jej z zachodem słońca i z niezwykłym zapachem, niezapominajka z błękitem nieba, ciepłym dniem, latem, natomiast stokrotka z płatkami białego, puszystego śniegu. Przypomniał się jej dom rodzinny i wazony z kwiatami, które przyozdabiały każdy jego zakątek. Pamiętała, że pod samym oknem jej pokoju rósł piękny jaśmin. Gdy zakwitał, wabił pszczoły i inne owady. Obserwowała je dokładnie. Były takie pracowite i szczęśliwe. Teraz zaś patrzyła, jak na jej oczach rósł najdroższy skarb – Stokrotka.
Radośnie mijały dni, tygodnie. Dziewczynka rosła jak na drożdżach i wszystkim dawała wiele powodów do uśmiechu. Nawet psociła w tak uroczy sposób, że nikt się na nią nie gniewał. Pomagała jej w tym znajomość magicznych słów. Kiedy niechcący zepsuła koledze samochodzik, użyła jednego z nich - "przepraszam". Słowa "dziękuję" używała równie często. Dziękowała za prezenty, cukierki, dobre słowo. Nawet za zastrzyk, który nie należał do największych przyjemności w życiu.
- Stokrotko? Gdzie jesteś? – zawołała mama, lecz nie uzyskała żadnej odpowiedzi.
– Gdzie ona się znów podziewa?- zapytała głośno.
- Pewnie, jak co dzień, siedzi na łące – wtrącił tata, anemicznie nalewając wodę do czajnika.
- Co ona tam robi o tej porze? – dopytywała się mama.
- Może sama ci to powie – kontynuował, zwracając się do dziewczynki, która od dłużej chwili przysłuchiwała się rozmowie.
- Rozmawiałam z kwiatkami i robaczkami – dopowiedziała jednym tchem. W chwili, kiedy wypowiadała te słowa, na jej twarzy pojawiły się znowu czerwone plamy.
- A psik! - katar zakręcił w jej nosie jeszcze mocniej niż zwykle. – A psik! – kichnęła kolejny raz i wtedy poczuła, jak maleńka kropka znajdująca się na jej dłoni, troszeczkę urosła i zamieniła się w maleńką stokrotkę. Nie wierzyła własnym oczom. W jednej chwili dłoń schowała do kieszeni. Nie chciała, by ktokolwiek zobaczył to cudo. Wieczorem, leżąc w łóżeczku, długo przyglądała się dziwnej roślince. Była bardzo mała. Jej maleńkie płatki z trudem wydostawały się na zewnętrz. Próbowała ją wyrwać. Bezskutecznie! Kwiat mocno tkwił w dłoni, ale nie sprawiał dziewczynce żadnych kłopotów. W innych okolicznościach może nawet by go polubiła, ale nie w zaistniałej sytuacji. Kichanie z minuty na minutę stawało się coraz bardziej uciążliwe. Trwało to kilka dni, potem znów, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różczki, przychodziło ukojenie. I znów, jak dawniej, mogła bawić się, biegać po łące pełnej kwiatów, ziół, śmiać się, psocić i figlować.
Niestety, pewnej nocy atak wrócił ze wzmożoną siłą. Zauważyła, że kwiat rosnący na jej dłoni bardzo się powiększył i wyrósł mu nowy listek. Serce jej podpowiadało, że to coś poważnego. Tym bardziej, że z ręką było coraz gorzej. Każdy, nawet najdelikatniejszy ruch, sprawiał ból.
- Boli – przyznała dziewczynka i wtedy uroniła jedną łzę.
- Musi zobaczyć to lekarz! – podpowiedziała roślinka z jej dłoni. – On na pewno coś wymyśli.
- Co takiego? – dopytywała zaskoczona.
- Jestem rośliną z twojej dłoni.
- To niemożliwe! – zaprzeczyła.
Nagle mówiący kwiat zamachał do niej listkami.
- Czy to wystarczający dowód? – dopytywał się po chwili.
- Teraz ci wierzę! – potwierdziła.
- Nie mam zwyczaju odzywać się do ludzi, ale ciebie polubiłem od razu. Jesteś taka dobra i miła. Lubię, jak bawisz się lalkami, jak zajadasz zupę i żartujesz z przyjaciółmi. Tyle w tobie życia. Nawet we mnie zauważyłaś piękny kwiat – kontynuował. – Jeśli pozwolisz mi zakwitnąć, obiecuję, że zniknę na zawsze i nie będę nigdy więcej utrudniał ci życia.
- Nic z tego nie rozumiem – wtrąciła.
- Musisz iść do lekarza. Da ci magiczne lekarstwo. Zażyj je natychmiast. Potem powiem, co należy dalej robić.

.html
Kichająca stokrotka
W przychodni panował tłok. Mnóstwo chorych oczekiwało na swoją kolej. Pośród nich, na drewnianym krzesełku Stokrotka z rodzicami.
- Teraz my! – szepnęła mama.
Weszły do gabinetu. Było w nim jasno i bardzo cicho. Na ścianach wisiały plakaty z uśmiechającymi się dziećmi. Wydawały się szczęśliwe i kochane. Dziewczynka zastanawiała się, czy sprawił to ten pan w białym fartuchu. Jeśli tak, to wydawał się wyjątkowym czarodziejem. Rzadko zdarza się by jeden człowiek potrafił wyczarować tyle radości na dziecięcych twarzach.
- Co się stało młoda damo? – wyrwał ją z zamyślenia uśmiechający się od ucha do ucha pan. Wiedziała już, że ktoś tak miły nie skrzywdziłby nawet muchy. Polubiła go od razu. Wzbudzał zaufanie i podziw. Powiedz "a a a a a" –poprosił.
- A a a a a a a a ...– grzecznie powtórzyła.
- Dziękuję. Lubisz spacery po łące? – zapytał niespodziewanie.
- Tak. Skąd pan doktor wie? – zainteresowała się.
- Doktor powinien wiedzieć wszystko, bo tylko wtedy przepisze odpowiednie lekarstwo.
- Rozumiem – opowiedziała a jej oczy rozpromieniły się.
- Przygotuję ci zioła, które będziesz musiała pić trzy razy dziennie. To będzie magiczna mikstura. Każdy, kto dostosuje się do moich zaleceń i wypije odpowiednią dawkę, ma szansę na całkowite wyleczenie.
- Dobrze – odpowiedziała z nadzieją, że niedługo koszmar kichania i kwiat z jej dłoni odejdą bezpowrotnie.
- Jest jeszcze coś – dodał po chwili. – Nie możesz pod żadnym pozorem chodzić na łąkę, ani wąchać kwiatów – zwłaszcza stokrotek. Jesteś na nie uczulona.
To było straszne. Nie wyobrażała sobie życia bez spacerów po łące, bez zapachu kwiatów… Bez …. – posmutniała na samą myśl. Wiedziała jednak, że to jedyna możliwość by była zdrowa i szczęśliwa.
Po wizycie lekarskiej wszystko się zmieniło. Cała rodzina, z troski o jej zdrowie, zamieszkała pod lasem, niedaleko rzeki. Było to magiczne miejsce. Zapach powietrza i szum spływającej ze skał rzeki relaksowały, wyciszały, uspokajały. Dziewczynka mogła przebywać na świeżym powietrzu, ale o łące musiała zapomnieć. Bez protestu piła napar z ziół, przygotowany dokładnie według zaleceń pana doktora. Poprawa widoczna była niemalże od razu. Kichanie prawie ustało i kwiat z dłoni powoli znikał. Cieszyło to wszystkich, ale najbardziej chyba Stokrotkę.
- Trochę mi szkoda tego kwiatka – pomyślała. Wtedy usłyszała głos:
- Musisz kichnąć jeszcze kilka razy. To pozwoli mi zakwitnąć i wydać nasiona. Dziadek powiedział mi kiedyś, że uratują komuś życie! – wyszeptał z dumą. - Moje nasiona zostaną przebadane w laboratoriach i naukowcy stworzą z niego lek dla alergików.
- Dla kogoś takiego, jak ja?
- Dokładnie tak.
- Zgoda – powiedziała zdecydowanym głosem dziewczynka. Przedtem wytłumacz mi, dlaczego to robisz?
- Sprawiłaś, że postanowiłem zrobić coś pożytecznego dla was, dla ludzi – podkreślił. – Choć jeden raz w życiu, chce zrobić coś ważnego. Obiecałaś, że mi w tym pomożesz! – przypomniał po chwili.
- Zawsze dotrzymuję słowa – powiedziała Stokrotka.
Następnego ranka zaczęła kichać. Robiła to cały dzień, bez przerwy. Nigdy nie widziała tak szybko rosnącej rośliny. Zobaczyła, że kwiat na jej dłoni po chwili zakwitł. Szybko napiła się naparu. Kichanie ustąpiło od razu, a kwiat znikł. Szukała go wszędzie. Bezskutecznie. Na dłoni zobaczyła pozostawione brązowe nasionko.
- To niesamowite. Uratujesz kiedyś tysiące ludzi! – szepnęła do ziarenka. – Jutro oddam cię mojemu czarodziejowi w białym fartuchu. – Mówiąc te słowa uśmiechnęła się najpiękniej, jak potrafiła. Wtedy na jej dłoni pojawił się jaśniejący ślad przypominający stokrotkę.
Od tamtej pory dziewczynka już nigdy nie chodzi smutna, mimo że nadal nie może biegać po łące pełnej kwiatów. Podobno, kiedy kichnie, na czyjejś dłoni pojawia się na sekundę prawie niewidoczny ślad do złudzenia przypominający stokrotkę. Niektórzy nie mogą się nadziwić, skąd się tu wziął? Wtedy dziewczynka uśmiecha się, bo ona wie. Teraz wy również wiecie.

*********

O CIENIU, KTÓRY SZUKAŁ PRZYJACIELA

- Tu jestem. Tutaj! – proszę, popatrz na mnie choć przez chwilę! – cień wołał do każdego mijającego go przechodnia. – Dlaczego nie odpowiadają? – zastanawiał się, ale nie rezygnował. Tak bardzo chciał pobawić się z kimś w berka. Tej zabawy nauczył go Krzyś, kiedy był małym chłopcem. Niestety, szybko wyrósł na dużego Krzysztofa i nic już nie było takie, jak dawniej. Nawet wiatr w sadzie hulał jakoś inaczej. Znudzony i zasmucony cień nie miał się gdzie podziać. Włóczył się więc po ogrodzie, albo obserwował dzieci bawiące się na placu zabaw. Niektóre z nich huśtały się, inne budowały zamki z piasku, jeszcze inne grały w piłkę. Obserwując je wspominał czasy, kiedy beztrosko spędzał dni na zabawach i psotach. Nie wiedział, jak to się stało, że nagle, z dnia na dzień wszystko się zmieniło. Może to jego wina, może to on nie zauważył, że wszystko się zmienia? Inne cienie miały przyjaciół i nie czuły się samotne. Natomiast on nie miał nikogo. Z samotnością próbował się pogodzić, ale było coś, co martwiło go jeszcze bardziej. Nie rozumiał dlaczego, ale każdego dnia czuł, że dzieci się go boją i dlatego uciekają przed nim przy każdej możliwej okazji. Nie rozumiał, dlaczego? Wyglądał przecież, jak inne cienie.
- Pobawisz się ze mną, przyjacielu? – pytanie wyrwało go z zamyślenia. Zerwał się na równe nogi by powiedzieć, że o niczym innym nie marzył. Niestety, w tej samej chwili zorientował się, że pytanie nie było skierowane do niego. Głos chłopca dodał jeszcze:
- Ciebie się wszyscy boją. Odejdź więc.
Cieniowi chciało się płakać.
- Ja tylko … - próbował tłumaczyć … - Ja tylko chciałbym mieć prawdziwego przyjaciela. Kogoś, kto mnie przytuli, wysłucha, pocieszy, pobawi się ze mną – wyjaśniał. Potem, jak zazwyczaj, siadał na placu zabaw i patrzył na bawiące się tam dzieci. Zastanawiał się, co zrobić by go polubiły.
- Może pokaże im małpkę na ścianie, albo jakieś inne zwierzątko? – zastanawiał się
i nie tracąc czasu, zrobił to o czym pomyślał chwilę wcześniej. Niestety i tym razem zaczepki skończyły się tak samo – płaczem jakiegoś przestraszonego dziecka. Postanowił nie rezygnować tak łatwo. Wtedy zobaczył dziewczynkę trzymającą balonik. Cień był zachwycony, ponieważ nigdy wcześniej nie widział czegoś podobnego. Zapragnął natychmiast od razu go dotknąć. Po chwili podskoczył do góry i przypadkiem zerwał go z delikatnego sznurka.
- Niech leci wysoko, aż do nieba – powiedział. – Niech zobaczy, jak smakuje wolność – po chwili dodał. Balonik popłynął w przestworza. Cień z radości zrobił fikołka, potem drugiego i kolejnego. Wszystkiemu przyglądała się dziewczynka, która przestraszyła się tak skaczącego cienia. Wydawał się taki obcy, straszny, dziwny. Ze strachu rozpłakała się.
- Nie płacz – szepnął cicho cień. – Ja tylko chciałem się z tobą pobawić – tłumaczył. Najwyraźniej tłumaczenie nie zostało zrozumiane, bo chwile potem mała panienka rozpłakała się jeszcze głośniej. Łzy, wielkości grochu spływały po jej delikatnych, różowych policzkach. Głośny szloch unosił się po całym podwórku przedwojennej kamienicy. Dopiero, kiedy tata mocno przytulił ją do siebie, wszystkie smutki odeszły w mgnieniu oka.
- To tylko cień – tłumaczył.
- Nie lubię go. Jest straszny. Niech sobie idzie, skąd przyszedł – odpowiedziała szlochając. Cień usłyszawszy te słowa, posmutniał jeszcze bardziej.
- Dlaczego nikt się nie chce ze mną bawić? – zastanawiał się. – Co w tym złego, że chciałbym mieć prawdziwego przyjaciela? Nawet taka zwykła piłka, zrobiona z kolorowych skrawków, ma przyjaciela z którym skacze, bawi, śmieje się - dodał. Piłka wydawała się bardzo szczęśliwa. Chcąc zrobić psikusa, schowała się w wysokich trawach. Zastanawiała się, czy ktoś ją tak znajdzie. Trwało to długo, po chwili usłyszała głos jednego z chłopców:
- Znalazłem ją. Grajmy dalej – dodał. I rzeczywiście, chwilę później piłka wraz z swoim cieniem przeskakiwała z rąk do rąk. Wydawali się tacy szczęśliwi. Zabawa bardzo ich wciągnęła, bo nie zauważyli, że samotny cień na nich patrzy. Dzień był taki piękny. Promienie słońca przenikały przez pojawiające się od czasu do czasu na bezchmurnym niebie chmury. Zdarzało się, że zasłaniał go cień jednej z nich. Potem wszystko wracało do stanu początkowego. Zauważył, że promienie robią innym cieniom śmieszne żarty. Zmieniały im wygląd i kształt. Były cienkie i długie, by za chwilę stać się grubymi i beczkowatymi.
- Zostaniemy przyjaciółmi? – zapytał cień promyków słońca, bo bardzo spodobały mu się te żarty.
- Z największą przyjemnością – odpowiedziały bez zastanowienia. Marzyłyśmy o tym od zawsze, bo jesteś wyjątkowy – dodały po chwili.
Cień zawstydził się lekko. Nawet w najgłębszych snach nie spodziewał się takiego miłego komplementu. Kiedy rozejrzał się wokoło, dzieci nadał grały w piłkę. Niektóre z nich puszczały latawce mieniące się kolorami tęczy. Wyglądały magicznie. Ich cienie wydawały się takie szczęśliwe. Pewnie dlatego, że nigdy nie czuły się samotne. Poza tym nikt się ich nie bał.
- Co ja w sobie takiego mam, że wszyscy się mnie boją – zastanawiał się bez przerwy. Nadeszła cicha noc. Na niebie pojawiły się małe, migoczące gwiazdy. Odbicie cienia zlało się z ciemnością nocy.
- Może duży Krzysztof ma rację – zastanawiał się. - Może rzeczywiście jestem głupim cieniem.
- Dawno nie słyszałem czegoś podobnego – usłyszał głos.
- Ktoś tu jest? – zapytał i rozejrzał się w około. Ciemność otaczała go ze wszystkich stron. Może dlatego niczego nie zauważył.
- Tu jestem – usłyszał ponownie. – Blisko ściany!
- Teraz cię widzę – stwierdził cień i uśmiechnął się radośnie. Miał nadzieję na rozmowę, może nawet zabawę. I choć nie wiedział do kogo należy ukryty glos, ucieszyło go to spotkanie.
- Kim jesteś? – zapytał jednym tchem, by nie przestraszyć gościa. – To moje miejsce, zawsze tu siedzę, ale możesz tu zostać tak długo, jak tylko zechcesz.
- Jestem, jak ty, cieniem. Przysiadłem tu na chwilę. Dzieci mnie trochę zmęczyły. Teraz poszły spać, więc postanowiłem chwilkę odpocząć.
- Szczęściarzem jesteś. Ze mną nikt się nie chce bawić, więc nie czuję się zmęczony.
- Nie wierzę. Każdy cień ma przecież przyjaciela. Kogoś z kim się bawi, śmieje, odpoczywa, a nawet płacze. Ja nawet mam imię.
- Mówiłem przecież, że jesteś szczęściarzem. Mnie wystarczyłby prawdziwy przyjaciel. O imieniu nawet nie marzę.
- Maruda z ciebie. Mam pomysł, takie nadam ci imię – odpowiedział, a po chwili dodał: - Przyjaciela już masz, we mnie!
- Naprawdę? – pytał niedowierzając. – Jak masz na imię mój przyjacielu? – zapytał po chwili z uśmiechem.
- Błyszczyk – mówiąc to, uśmiechnął się.
- Pobawimy się jutro razem Błyszczyku? – zapytał po chwili.
- Zawsze, kiedy będziesz miał na to ochotę. Teraz muszę iść. Zaraz dzieci, moi przyjaciele się obudzą. Chcę im, jak co dzień, powiedzieć „dzień dobry”. Potem chcę ich czymś rozśmieszyć by miały udany, pełen radości dzień – dodał.
Maruda znowu został sam, ale aż tak mocno nie czuł się samotny. Lubiły go promienie słońca, miał przyjaciela. Wszystko zaczynało układać się po jego myśli. Miał jeszcze jedno pragnienie, by dzieci się go nie bały. Nie różnił się przecież od innych cieni!
Nastał ranek. Najpierw przywitały się z nim promienie słońca, łaskocząc go w lewe ucho. Sprawiło mu to ogromną przyjemność. Potem pomachał do niego Błyszczyk, który szedł z dziećmi do szkoły.
- Co ja mam robić? – zastanawiał się Maruda i wtedy usłyszał rozmowę.
- Popatrz, jaki na ten cień. Jest strasznie smutny!
- Jest mój, ale ostatnio nie miałam dla niego czasu – odpowiedziała dziewczynka koleżance od serca, czyli takiej, której można powiedzieć dosłownie wszystko. - Chyba się na mnie obraził – dodała lekko speszona. Było jej wstyd, że przez nią tak cierpi.
- Mam pomysł, przyniosę skakankę. Może wtedy wybaczy ci wszystko – zaproponowała przyjaciółce.
- To wspaniały pomysł – odpowiedziała.
Zabawa bardzo spodobała się Marudzie. Najpierw bawili się skakanką, potem kolorową piłką.
- Jesteś fantastycznym cieniem. Jutro pobawimy się w teatr cieni – usłyszał.
- Będę przedstawiał na ścianie różne zwierzątka? – zapytał nieśmiało, bo nie był pewien, czy dziewczynka go usłyszy.
- Tak – odpowiedziała. – I przyjedzie taki pan, który z cienia potrafi wyczarować zwierzęta mieszkające na całym świecie; żyrafy, wielbłądy, gepardy. Cień słuchał
z niedowierzaniem i się rozmarzył. Był ciekawy, jak wyglądają te wielbłądy. Sama nazwa wydała się mu niezwykła. Nigdy wcześniej nie słyszał by zwierzęta miały garb na plecach, albo namalowane paski. Tyle rzeczy miało się jeszcze wydarzyć.

Teatr cieni wprawił w zachwyt wszystkich oglądających. Po przedstawieniu, każdy mógł przedstawić swój cień, pokazać, jakie rzeczy potrafi robić. Każde z dzieci zrobiło to
z ogromną przyjemnością.
- Mój jest wyjątkowy – powiedziała jedna z dziewczynek. – Kiedyś, nie wiedząc czemu, bardzo się go bałam. Potem zauważyłam, że on bardziej się boi mnie, niż ja jego.
- Przepraszam cię mój cieniu, nazywany Marudą – zwróciła się do przyjaciela. Wybaczył jej. Ze szczęścia wszyscy zaczęli bić gromkie brawa. Maruda poczuł się najszczęśliwszym cieniem na świecie.

Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Maruda nie marudził, bo spełniły się jego marzenia; miał prawdziwego przyjaciela i nikt się go nie bał.
- Myślałem, że mój przyjaciel jest gdzieś na końcu świata, a on od zawsze był obok mnie – szepnął do ucha przyjaciółki.
- Dobrze, że jesteś – odpowiedziała i zasnęła długim, spokojnym snem.    

 Jeżeli chcecie zadebiutować na Kulturaonline.pl, wyślijcie do nas próbki swojej twórczości - muzycznej, literackiej, plastycznej, filmowej, teatralnej. Najciekawszych naszym zdaniem artystów przedstawimy na portalu. Na zgłoszenia czekamy pod adresem redakcja@kulturaonline.pl (koniecznie z dopiskiem DEBIUTY w temacie maila).











Napisz artykuł
Artykuły powiązane
Komentarze
  • Bardzo mi sie podoba takie "YouTube" w kulturalnym wydaniu. Bajki śliczne ale lepiej by było przeczytać dzieciakowi z książki a nie z komputera. A jakby wyszła książka, to koniecznie ze zdjęciem Autorki ...

    • Bardzo dziękuję za komentarz, za miłe słowa.... Czytając je przypomniała mi się następująca myśl "życzliwe słowa mogą być krótkie i łatwe do powiedzenia, ale ich echa są prawdziwie bezkresne".

    • Też jestem za książką z bajkami dla dzieci i mnóstwem kolorowych ilustracji. To bardzo plastyczne, pięknie opowiedziane bajki. Napewno dzieci je pokochają.

      • Oczyma wyobraźni widzę książkę z mnóstwem przepięknych ilustracji i wtedy trochę żałuje, że nie umiem tego namalować :(. Dziękuję za dobre słowo. To pokrzepiające!

  • Jako wierny kibic twórczości Autorki trzymam kciuki aby te i inne magiczne bajki jak najszybciej znalazły należne im miejsce w pięknie wydanej książeczce.

    • "Prawdziwi przyjaciele to ci, którzy bezinteresownie pragną dobra swoich przyjaciół" - Arystoteles. Dziękuję Ci "mój wierny kibicu" - przyjacielu:)

  • Otwórzmy oczy! Samotni, poszukujący akcptacji są obok nas, wystarczy się rozejrzeć!

  • prosze mi wybaczyc, ale czegos im brakuje, chyba magii o której pani pisała, jestem młodą mamą i fascynuje mnie literatura dziecieca, uwielbiam np. historie muminkowe czy klasykę jak "Opowiesci z Narnii" a pani opowiadania mnie zwyczajnie znudziły...ale prosze sie nie zniechecac, jak widac z innych komentarzy ma pani odbiorców, powodzenia:)

    • Każdego dnia patrzę na otaczajacy mnie świat i widzę w nim rzeczy, które mnie irtytują, denerwują... Są również takie, które chciałabym zatrzymać na zawsze. I choć wiem, że moja wizja postrzegania świata nie jest na miarę muminkowych opowieści, których fragmenty cytują kolejne pokolenia, to wiem, że są ważne dla mnie. I kto wie, może kiedyś będą ważne dla kogoś jeszcze!

  • Świetne bajki, czuję,że i będą miały duże powodzenie!!! Brawa dla autorki.

    • Marcela, bardzo dziękuję. Twoja opinia dużo dla mnie znaczy:)

  • Bardzo dobry pomysl

    • Zgadzam się. Piękne, pełne magii bajki. Dziękuję :)

  • Powodzenia!:)

  • Fajne, pozytywne, magiczne. Podoba mi się.

Reklama
Ostatnio dodane artykuły
Letnie Tanie Kinobranie - Prawdziwe życie /konkurs/ Film / Premiery
Wielkie kino za małe pieniądze. Wspólnie z Kinem Pod Baranami zachęcamy do nadrobienia...
Letnie Tanie Kinobranie - tydzień 2: Kobieta i życie /konkurs/
Wielkie kino za małe pieniądze. Wspólnie z Kinem Pod Baranami zachęcamy do nadrobienia filmowych zaległości. I mamy dla Was podwójne...
Letnie Tanie Kinobranie: Żyć znaczy kochać /konkurs/
Wspólnie z krakowskim Kinem Pod Baranami zapraszamy na wakacyjną sesję "filmoznawczą". Wielkie filmy za małe pieniądze. Mamy dla Was podwójne...
Dom Dźwięku. Zagraj na nie byle czym. Mamy bilety! Bulwar(t) nad Zalewem Nowohuckim. Lato pod znakiem kultury i rekreacji
Tagi