Orfeusz i Eurydyka o współczesnym człowieku
![]() |
| "Orfeusz i Eurydyka"/fot. Krzysztof Bieliński. |
Warszawską premierę "Orfeusza" poprzedziła inscenizacja w Bratysławie. Taki zabieg na pewno przysłużył się dziełu. Treliński przyznawał, że do "Orfeusza" ma stosunek bardzo emocjonalny, dlatego też czas na pewno podziałał na korzyść reżysera. Osobistą interpetację czuć bowiem na każdym poziomie.
Klasyczny mit stał się dla artysty pretekstem do opowiedzenia o samotności współczesnego (ponowoczesnego?) człowieka. Akcja rozgrywa się we współczesnych wnętrzach, zza okiem widać wieżowce, a na stole stoi laptop. W takim właśnie city rozgrywa się kameralna, wręcz intymna opowieść o odchodzeniu. Już sam początek przeszywa na wskroś dramaturgią i rozpaczą. Miotająca się po scenie Eurydyka (świetna aktorsko i wokalnie Joanna Woś) z furią rozbija kieliszki, przewraca krzesła i tarza się po łóżku. Eurydyka odchodzi, Orfeusz (Adam Szerszeń) pozostaje sam ze swoim cierpieniem.
Dalsza narracja treścią nawiązuje do mitu, ale tak naprawdę widz ma wrażenie obcowania z kimś bliskim. Rozpacz męża po stracie żony rozgrywa się w samotności. Orfeusz nie bierze udziału w pochówku. Czy nie interesują go ceremoniały, czy jest może niegotowy na publiczne pożegnanie żony? Czyż śmierć nie wymyka się współczesnej estetyce, bo to przecież fizjologia, rozkład, a teraźniejszość hołduje pięknu i młodości?
![]() |
| "Orfeusz i Eurydyka" fot. Krzysztof Bieliński. |
Mariusz Treliński dokonał rzeczy niezwykłej. Operowa historia stała się dla niego kanwą do opowiedzenia o współczesnym zagubionym człowieku niegotowym ani na miłość, ani na śmierć. Niegotowym na życie. Kameralna forma "Orfeusza" tylko wzmaga dojmujące wrażenie, że współczesny świat to sztafaż uczuć i emocji. A najwięcej o nas samych powie nam tylko sztuka.







