Sny o potędze tymczasowej autonomii
Gdyby dzisiaj złożyć wizytę Hakim Bey'owi, spotkałoby się sędziwego jegomościa z akademickich kręgów Harvardu. Bey, a właściwie Peter Lamborn Wilson, mimo nieco ekscentrycznego wyglądu, to pozornie modelowe wcielenie kontrkulturowego intelektualisty. Przewagę retoryki nad praktyką, zarzucają mu bowiem sami antysystemowcy. Dla nich teksty podpisane jako Hakim Bey to rozcieńczanie substancji anarchizmu. Na tyle, iż traci on wywrotowy charakter.![]() |
| Peter Lamborn Wilson/Wikipedia |
Mimo pozorów filozoficznego zacięcia, Wilson nie jest zasiedziałym mędrcem. Jego biografię wyznacza wędrówka typowego nomada, ciągle poszukującego, jeśli nie miejsca na Ziemi, to klimatu do refleksji. Przez długi czas Wilson podróżował po Bliskim Wschodzie, fascynując się sufizmem i tantrą. Te zainteresowania, w połączeniu z inspiracjami współczesną awangardą, kulturą celtycką, neopogańskimi nurtami czy tematyką nowych technologii, zaowocowały dość niezwykłą hybrydą światopoglądową. Sam Wilson określił ją terminem "anarchistyczna ontologia". Tego typu oksymoroniczne zwroty są zresztą specjalnością amerykańskiego myśliciela. W końcu kto inny mógłby firmować pracę pt. "Zielony hermetyzm: alchemia i ekologia"?
"Tymczasowa strefa autonomiczna" dotyczy podstawowych zrębów myśli Wilsona, czyli problemu jednostkowej wolności w warunkach społeczeństwa o mocno zhierarchizowanej strukturze. To ulubiony temat anarchistów, podważających fundamenty ustrojów opartych na legalizmie i reprezentacji większościowej. Wilson, jak wspomniano, nie nawołuje wszak do rewolucji. Zamiast jednorazowego przewrotu, proponuje długotrwały proces tworzenia kolejnych enklaw wolności. Tytułowe strefy autonomiczne są "chwilówkami" na przestrzeni dziejów, ale na stałe utrwalają marzenie o wspólnocie pozbawionej nadrzędnych regulacji.
![]() |
| Okładka "Tymczasowej strefy autonomicznej"/ha.art.pl |
Gdy Bey publikował "Tymczasową strefę autonomiczną", jego postulaty zdawały się mgliste. Dzisiaj stanowią normę, choćby na płaszczyźnie społeczności internetowych. Dużo wcześniej koncept tymczasowej strefy autonomicznej znalazł praktyczne zastosowanie w brytyjskiej subkulturze "rave" przełomu lat 80. i 90. Nielegalne potańcówki organizowane przez miłośników acid house, były wówczas wyłomami w systemie publicznej rozrywki. Państwo szybko zneutralizowało ich przekaz, wpierw penalizując nielegalne zgromadzenia, a później przenosząc taneczne spędy do instytucjonalnych klubów.
W publikacji Bey'a pojawiają się bardziej historyczne przykłady autonomicznych stref. Autor zaczyna od... piratów. Konkretnie - od pirackich baz, które pomiędzy XVI a XVIII wiekiem stały się lokacjami pozbawionych zwierzchniej siły wspólnot. Izolowane wyspy, służące piratom jako przyczółki, miały być docelowym miejscem wszystkich banitów. Na nich ponoć wcielano w życie ideały społeczeństwa stawiającego na nieskrępowaną wolność jednostki. "Pirackie utopie" rzecz jasna nie przetrwały na dłuższą metę. Podobnie było z włoską Republiką Fiume czy angielską kolonią Roanoke.
Twierdzenia Bey'a są mimo wszystko dość powierzchowną pochwałą niezależności. Oczywiście w każdym uciekinierze z wyścigu szczurów obudzą dumę z powodu osobistej rewolty w skali mikro. To nie usprawiedliwia aczkolwiek dość jednostronnej wizji autora. I nie chodzi nawet o idyllę nonokonformizmu, która wspólnoty występków lub nacjonalistycznych haseł każe podciągać pod profil wolnościowych Arkadii. Najbardziej w lekturze Bey'a przeszkadza bowiem konfrontacja autorskiego oglądu sytuacji z tym, co dla czytelnika weryfikowalne, namacalne i potoczne.
Walka z instytucjonalną opresją, u Wilsona ma być szczytną walką z wiatrakami. Tyle, że kto w obecnym społeczeństwie, pełnym izolowanych grup nacisku jest atakowanym, a kto atakującym? Czyż po zmierzchu wielkich narracji, które diagnozował postmodernizm, instytucjonalne molochy Państwa lub Kościoła nie są już kolosami o glinianych nogach? Bey śniąc o społecznościach pozbawionych zwierzchnictwa, w gruncie rzeczy nie prezentuje przecież wyimaginowanych projektów. To oazy anarchii funkcjonujące obecnie nie tylko w internecie, ale i w realu. Choćby pod postacią tzw. squatów, będących codziennym pejzażem każdej większej metropolii. Obok rozrastającej się ulicznej, off-owej partyzantki, następuje ponadto także silna laicyzacja życia społecznego. W takich warunkach raczej trudno myśleć o "tymczasowej strefie autonomii" jako rzeczywistej awangardzie.
Mniej lub bardziej urojony charakter myśli Bey'a aż tak bardzo nie przeszkadza w lekturze jego pism. Jak każdy zaczepny umysł, Wilson znajduje się bowiem we własnym wszechświecie, po którego galaktykach kursuje z wielką sprawnością dyskursu. Póki jest na pułapie teorii, nie grożą mu katastrofy. Gorzej, jeśli potraktować jego "tymczasowe strefy autonomii" w oderwaniu od opozycji jednostka- system. Wówczas może się okazać, iż człowiek uciekający przed instytucjami ostatecznie kończy w quasi- plemiennym zgromadzeniu. A ono, wcześniej czy później, aby nie popaść w dezintegrację, musi wytworzyć jakieś hierarchiczne struktury. Wolność tylko chwilowa i w określonych sytuacjach? Zadanie sobie takiego pytania pozostaje najbardziej niepokojącym rezultatem starcia z ontologicznym anarchistą Bey'em.
"Tymczasowa strefa autonomiczna" w polskim przekładzie ukazała się kilka lat temu w ograniczonym nakładzie krakowskiej Oficyny Trójka. Obecnie jej wznowienie proponuje Korporacja Ha.art. Tekst całej publikacji w języku angielskim znajduje się na witrynie pism Hakima Bey'a tutaj.





