zobacz listę gratisów jakie mamy do rozdania logowanierejestracja

Kulturaonline.pl - kulturalny rozkład jazdy

Zgłoś wydarzenie kulturalne Panel logowania dla instytucji kulturalnych
KulturaOnline.plTeatrRecenzje › 'Wyzwolenie' w Teatrze im. Słowackiego: Sam na wielkiej, zatłoczonej scenie /recenzja spektaklu/

'Wyzwolenie' w Teatrze im. Słowackiego: Sam na wielkiej, zatłoczonej scenie /recenzja spektaklu/

[wszystkie zdjęcia: Piotr Lis - Teatr Słowackiego]

Radosław Rychcik posadził Wyspiańskiego w szkolnej ławce. Choć nie wszystkie pomysły reżysera są trafione, nowe "Wyzwolenie" cechują świeżość spojrzenia i wielka dynamika sceniczna.

Czy jesteś, Polsko - tylko ze mną? - pytał Wyspiański ponad 100 lat temu. Przyjmując narzuconą mu rolę narodowego wieszcza z całym dobrodziejstwem inwentarza. I bardzo szybko się z owej nobilitującej funkcji wypisując. "Wyzwolenie" to rejterada najwyższej artystycznej próby. Sztuka, która rzuca wyzwanie rodzimej tradycji dramatu romantycznego, kreśli szeroki obraz polskości uwikłanej w ideowe spory, wreszcie manifestuje, chwilami bliską megalomanii, odrębność twórcy jako kreatora narodowej sztuki.

 

Alienacja twórcy, instrumentalizacja tekstu

Zdystansowaną postawę Wyspiańskiego nie zawsze chciano przyjąć do wiadomości. "Wyzwolenie" było wikłane w doraźne spory polityczne, a fragmenty dramatu służyły za ilustrację światopoglądowych manifestów. Czyniło to niemal każdą inscenizację utworu na swój sposób przełomową. Niezmiennej alienacji Wyspiańskiego - "samego na wielkiej, pustej scenie" towarzyszyła zmienna aura dziejowa. Czymś innym był postulat tytułowego wyzwolenia w dwudziestoleciu międzywojennym, czymś innym w PRL-u, a jeszcze czymś innym zaraz po 1989 roku.

Trzecie tysiąclecie nie wydaje się pod tym względem surowe dla Wyspiańskiego. Zarówno klasa polityczna, jak i elity intelektualne zadbały o to, aby "Wyzwolenie" rezonowało miejscami mocno aktualną treścią. Cała rzecz w tym, aby nie dać się złapać pokusie nadmiernej instrumentalizacji tekstu. Zachować wspomniany dystans Wyspiańskiego. Nawet, jeśli chwilami zawodzi on jak rozgorączkowany nietzscheanista.

Reżyser Radosław Rychcik znalazł na to sposób. Ryzykowny, szalony, może nie do końca przekonujący, jeśli chodzi o rozłożenie akcentów. Jego "Wyzwolenie" stanowi jednak powiew prawdziwej świeżości w kategoriach myślenia i o samym Wyspiańskim i o przekazie autotematycznego dzieła. Rychcik nie idzie bowiem ani po linii wielkiego wizyjnego widowiska, ani też ścieżką zaangażowanej publicystyki. Zamiast nawiązywać dialog np. z duchem Swinarskiego czy pozorować Maski Wyspiańskiego na postaci z politycznej szopki, sięga po "Wyzwolenie" niczym arcydzieło literatury światowej. Proponując lekturę naprawdę "wyzwoloną".

 

Slajdy z Holokaustem

Dla osób znających dokonania Rychcika, takie podejście nie jest niczym zaskakującym. Podobną otwartością i kosmopolityzmem reżyser wykazywał się wcześniej przy inscenizacjach "Dziadów", "Balladyny" i "Wesela". Ze skutkiem, który mógł zirytować bardziej konserwatywnych miłośników klasyki. Przy "Wyzwoleniu" wystawianym na deskach Teatru im. Słowackiego w Krakowie, przeżyją oni również ciężkie chwile. Znowu nic tu nie jest "po bożemu". Nie dość, że tekst Wyspiańskiego został "pokawałkowany", a sceneria i okoliczności akcji odbiegają od oryginalnych didaskaliów, to pojawia się jeszcze stricte autorska wrzutka. Związana z J. D. Salingerem i pamięcią o Holokauście.

Perspektywa obozowej hekatomby może wydać się chybionym pomysłem, ale nadaje inscenizacji Rychcika odpowiedni ciężar. Pisząc swój dramat, Wyspiański miał na uwadze z jednej strony - zniewolony ideowo i estetycznie artyzm, z drugiej - dążący ku wolności, ale zagubiony naród. Projekcja tytułowego wyzwolenia dotyczyła jednostek w zamyśle predestynowanych do osiągnięcia mniejszej lub większej autonomii: życiowej, państwowej, twórczej. Hitlerowskie obozy zagłady są tymczasem skrajnym zaburzeniem tych wolnościowych ideałów. To historyczna wyrwa, która niszczy przyjęte przez Wyspiańskiego jako pewnik kategorie. Rychcik decyduje się to zresztą pokazać w trochę zbyt dosłownej scenie rozstrzelania "akcji" dramatu.  

 

Buszujący w pamięci zagłady

Holokaust jest w nowym "Wyzwoleniu" sprzęgnięty ze wspomnianym Salingerem. Amerykańskim pisarzem, który zanim napisał "Buszującego w zbożu" doświadczył wojennej grozy, jako żołnierz m.in. wyzwalając obóz w Dachau. Rychcik przytacza kilka fragmentów dających wyobrażenie skali tego horroru - wspomnienia unoszącego się smrodu spalonych ciał. Ale nie chodzi tu o epatowanie świadectwem zagłady. Bardziej o zagubioną wrażliwość i pamięć. Albowiem Rychcik przeniósł akcję dramatu Wyspiańskiego do współczesnej szkoły, gdzie Salinger jest bohaterem jednej z lekcji.  

Nauczycielem w klasie jest sam Konrad z dramatu Wyspiańskiego (i Mickiewicza). W pierwszej scenie próbuje zobrazować wojenny terror wchodzącym w dorosłość uczniom. Nawiązuje do Salingera, ale także wyświetla im "obozowe slajdy". Chociaż na scenie materializują się osoby więźniów obozu, autentyczna empatia pozostaje nieosiągalna. Świadczy o tym przewrotnie dobrana ścieżka dźwiękowa - deklamowany, eteryczny miłosny song o "byciu numerem jeden". Chciałoby się napisać - pełen chill out...

 

Wojna o umysły w pokoju nauczycielskim

W takich oto okolicznościach, belfer Konrad zabiera się do przygotowywania swojego przedstawienia. Sztuki, której Rychcik również przyporządkowuje skalę mikro. To bowiem nie dzieło wieszcza, lecz szkolne przedstawienie pod hasłem "Polska Współczesna". Można zapomnieć o teatralnych rusztowaniach i wawelskim wzgórzu. Ten Wyspiański nie wyjdzie poza szkolną ławkę i pokój nauczycielski.

Sprowadzenie "Wyzwolenia" do pogadanek przed tablicą i starć grona pedagogicznego jest pomysłem, wbrew pozorom, niezwykle nośnym. Wojna o umysły, którą Wyspiański toczył na deskach teatralnych, tak naprawdę bierze początek nie gdzie indziej, jak w szkole. W procesie edukacji, który implementuje określone pojęcia w świadomości. Belfer Konrad musi stawić im czoła na zasadzie "objawionych prawd", ale też zmierzyć się z młodzieńczą energią, szukającą rozładowania. Obecne u Wyspiańskiego nietzscheańskie postulaty "burzenia i budowania" nabierają jakby dodatkowego znaczenia.

 

Orgia w rytm "Karuzeli z Madonnami"

Charakterystyczną cechą adaptacji Rychcika są popkulturowe analogie. Nie zabrakło ich i w "Wyzwoleniu". Karmazyn i Hołysz przypominają Blues Brothers, młodzież w wolnościowym geście wskakuje na ławki niczym bohaterowie "Stowarzyszenia Umarłych Poetów", Konrad spiera się o Polskę przez telefon komórkowy, a całość wieńczy ekstatyczne, bliskie klimatom z "Hair" wykonanie "They Can't Take Our Music" Erica Burdona.

Jednocząca młodzież pieśń to jakby powtórka zabiegu z finału roztańczonego i rozśpiewanego "Wesela", które Rychcik zrealizował w Teatrze Śląskim. Niestety, "Wyzwolenie" nie pozwala mu na podobny rozmach. Chociaż i tak próbuje wzbogacić tekst o dygresje taneczno- wokalne. O ile blues o Kodeksie Praw Ucznia zachwyca wokalizą Eweliny Przybyły (co za głos!), to już młodzieżowa orgietka w takt coveru "Karuzeli z Madonnami" wydaje się mocno nietrafiona.

 

Teatr moralnego niepokoju

Nawet w takich, "przestrzelonych" fragmentach, Rychcik potrafi jednak zachować inscenizacyjny wigor. "Wyzwoleniem" rządzi rzadko spotykana w inscenizacjach teatralnego kanonu dynamika. Mająca wiele wspólnego z iście filmową wyobraźnią reżysera. Padające z ust aktorów kwestie podkreśla wszechobecna, ilustracyjna, ale też ciągle ewoluująca muzyka Piotra i Michała Lisów. Jeśli reżyser konfrontuje ze sobą różne społeczne warstwy i postawy, czyni to w porywającej ruchowo sekwencji. Jako korowód kłębiących się na scenie, zapętlonych w powtarzalnych czynnościach postaci. Sekwencja kończąca pierwszą część spektaklu jest zresztą najbardziej zaskakującym tu konceptem. Pod względem wizualnym to zdecydowanie Oscarowe "Tango" Rybczyńskiego, ale na planie wymowy - już dalekie skojarzenia z "Umarłą klasą" Kantora. Nie mówiąc o wspomnianym rozstrzelaniu.

Wszystkie "reżyserskie wynalazki" uwzględniają u Rychcika  i sferę aktorskiej ekspresji. Współpraca z zespołem Teatru Słowackiego okazała się owocna. Rafał Dziwisz jako Konrad jest opanowany, precyzyjny, pogrążony w zadumie. Bliżej mu do poczciwego profesora Keatinga ze wspomnianego "Stowarzyszenia Umarłych Poetów" niż natchnionego, mickiewiczowskiego wieszcza. Mocno kontrastują z nim postaci Muzy i Reżysera, tutaj przypominające szkolnych służbistów - w wyrazistych kreacjach Dominiki Bednarczyk i Marcina Sianko. W obsadzie pojawia się też prawdziwy weteran krakowskiej sceny - Feliks Szajnert. Rychcik przydzielił mu kwestie m.in. Przodownika. Trudno o lepszy wybór. Tym bardziej, iż charyzmatyczna postać Szajnerta przypomina o zacnej tradycji krakowskiego teatru. Co jest nie bez znaczenia dla samego tekstu Wyspiańskiego. Pisanego przecież z myślą o tej konkretnej krakowskiej scenie.

Jeszcze przed premierą, Rychcik mówił o "Wyzwoleniu" jako dziele bliskim kinu moralnego niepokoju. Coś w tej dziwacznej paraleli niewątpliwie jest. Samotność artysty vs opresyjna rzeczywistość i historyczna zbiorowa podświadomość. Wierność własnym ideałom przeciw przygotowanym przez kogoś innego scenariuszom narodowego posłannictwa. Nowe "Wyzwolenie" nie przynosi zarazem jakiejś odkrywczej interpretacji czy też wezwania do mentalnej lub społecznej rewolucji. Rychcik przedstawia Konrada samego na wielkiej, ale zatłoczonej scenie. Oto Wyspiański wyrwany z monumentalizmu teatralnego i posadzony w szkolnej ławce. Przeciwstawiony młodzieżowej masie, która sama w sobie wydaje się wyzwolona. Konrad może tylko mieć nadzieję, że nauka nie pójdzie na marne. A słowa o tym, by w Polsce było normalnie, jak wszędzie, padną z ust więcej niż jednej, odosobnionej postaci.

 

Premiera sztuki odbyła się 11 lutego na Dużej Scenie krakowskiego Teatru im. Słowackiego. 

Napisz artykuł
Artykuły powiązane
Komentarze
    Reklama
    Ostatnio dodane artykuły
    ‘Wielka Sztuka w Nowym Formacie’ Kandinsky’ego: kolejna odsłona serii albumów /konkurs/ Literatura / Nowości wydawnicze
    Tytułów poświęconych Kandinskiemu jest wyjątkowo mało na polskim rynku wydawniczym. Wielu sympatyków twórczości tego rosyjskiego artysty na...
    Fryderyk 2017 dla płyty NFM 'De profundis'
    Płyta ”De profundis”, nagrana przez Chór NFM pod dyrekcją Agnieszki Franków-Żelazny, otrzymała nagrodę Fryderyk 2017 w kategorii...
    Fantastic Heroes: Batman i Superman przejmują Centrum Kultury "Zamek" /zdjęcia/
    W Poznaniu wielka gratka nie tylko dla miłośników komiksów. A to za sprawą wystawy, na której zagoszczą takie postaci jak Superman, Batman,...
    Kino w trampkach: święto młodego widza Literackie przystanki w Krakowie: Poczekaj na autobus z wybitnymi pisarzami /zdjęcia/
    Tagi